Lilypie First Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

sobota, 31 grudnia 2011

Noworocznie

Płoną sztuczne ognie, płynie już muzyka,
idzie Nowy Rok, stary już umyka,
więc wznieśmy puchary, tańczmy do rana,
niech los nam nie szczędzi kawioru i szampana



Większość pewnie szykuje się na bale/imprezy sylwestrowe. W tym roku my spędzimy sylwestra bardzo rodzinnie w domu z naszym Nowym Rokiem :) Jak widać powyżej Nowy Rok niezbyt przejął się rolą. Nawet cylindra nie chciał założyć o czym dał znać wyjątkowo głośno i wyraźnie, a szarfę zarzuciłam na niego podstępem. Zdjęcie w końcu udało się zrobić, zatem sylwester uważam za rozpoczęty :)

Niech Nowy Rok będzie dla Was co najmniej tak łaskawy jak mijający dla mnie :)

czwartek, 29 grudnia 2011

Masa cukrowa

Jakiś czas temu, w zasadzie już dosyć dawno wpadł mi do głowy pomysł, by własnoręcznie upiec tort na pierwsze urodziny Gucia. Tort jak tort. Upiec tort w zasadzie żadna sztuka. Lepszy lub gorszy, ale zawsze jakiś wyjdzie. Ale mi zamarzył się taki tort jak z bajki. Oczywiście żaden problem zamówić w cukierni, ale gdyby upiec taki własnoręcznie to dopiero byłaby satysfakcja.
Zainteresowałam się zatem tematem masy cukrowej jako surowca do dekoracji wypieków. Poszukałam, poczytałam i postanowiłam, że odtąd przy każdej nadarzającej się okazji będę ćwiczyć wyrabianie dekoracji z masy cukrowej. Pierwsza nadarzająca się okazja trafiła się we wrześniu wraz z Paskudowymi imieninami. Niestety moje pierwsze spotkanie z masą nie należało do udanych. Efekt jakiś tam był, ale na podstawie swojego pierwszego doświadczenia mogłabym powiedzieć dużo na temat tego jak nie postępować z masą cukrową.
Nie zrażona pierwszymi niepowodzeniami postanowiłam świąteczne wypieki również przyozdobić tym surowcem. A pole do popisu miałam spore, bo upiekłam 2 placki królewskie i 4 pierniki (zawsze piekę sporo na święta, bo chętnych do obdarowania również jest sporo).

Przepisów na masę cukrową w necie można znaleźć bez liku i w zasadzie wszystkie są bardzo podobne.Wszystkie bazują na cukrze pudrze, wodzie i żelatynie. Ja nie będę zamieszczać dokładnego przepisu, napiszę tylko, że zużyłam ok 35 ml wody, 2 łyżeczki żelatyny i 40 dkg cukru pudru i było to o wieeeeele za dużo, wykorzystałam zaledwie niewielki ułamek tej ilości. W sporej części przepisów występuje też glukoza, ja robiłam i z glukozą i bez i szczerze powiedziawszy nie zauważyłam różnicy. Masa cukrowa jest śnieżnobiała. Barwi się ją barwnikami spożywczymi w proszku lub żelu. Ja miałam akurat takie w proszku. Posiadam kilkanaście różnych kolorów, ale tak naprawdę wystarczy zabarwić masę na 3 podstawowe kolory (czerwony, niebieski i żółty) i odpowiednio je ze sobą łączyć, by uzyskać całą paletę barw.

Torty bardzo ładnie wyglądają, kiedy całe obłożone są tą masą. Ja jednak uznałam, że do moich wypieków średnio pasuje taka słodka masa, zatem standardowo oblałam je polewą czekoladową i zanim zaschła przyklejałam na nią mniejsze elementy wykonane z masy cukrowej. Poszczególne niewielkie elementy dekoracji można łączyć zwilżając w miejscu łączenia wodą.
Poniżej to co udało mi się przygotować:

Dwa placki królewskie



Oraz trzy pierniki, niestety czwarty pojechał do małopolski, zanim zdążyłam zrobić fotkę, ale podobnie jak powyżej był ozdobiony bombką, tylko w innej kolorystyce i ciut inne wzorki



Niestety nie wiem kiedy ponownie uda mi się coś podobnego zrobić. Od 1. stycznia Paskud i ja zaczynamy zakrojoną na szeroką skalę akcję zrzucania zbędnego balastu i dostałam chwilowy zakaz pieczenia :( Chyba, że uda mi się gdzieś zakupić mini-blaszki do mini-wypieków ;)

wtorek, 27 grudnia 2011

Jak wszędzie, poświątecznie :)

No to poświętowaliśmy. Ja w tym roku po raz pierwszy spędziłam całe święta z dala od domu rodzinnego. Niby w tamtym roku Wigilię podobnie jak w tym spędziłam z mężem i teściami, ale po kolacji wigilijnej wsiedliśmy w samochód i w 1-szy dzień świąt rano byłam już u swojej rodziny. Jednak kilkugodzinne podróżowanie w wigilijną noc nie jest najlepszym pomysłem i musieliśmy znaleźć inne rozwiązanie. Przyszłoroczne święta mam nadzieję spędzić już całe ze swoją rodziną.
Wigilia minęła nam podobnie jak w większości polskich domów zapewne. Przed południem przygotowania, później modlitwa, życzenia dzielenie się opłatkiem i jedzonko :) Moja teściowa na szczęście nie jest ani zbyt dobrą kucharką ani wielką tradycjonalistką i chyba na rękę jej było, że część potraw przygotuję ja. W związku z tym udało mi się przemycić na wigilijny stół kilka smaków przyniesionych z rodzinnego domu.
Przede wszystkim barszcz biały, który to z barszczem nie ma nic wspólnego, ale nie wiem jak inaczej nazwać tę zupę. Są to połączone ze sobą wywary grzybowy i kapuściany, doprawione i zabielone. Żadna filozofia w wykonaniu a smak jak żaden inny. Co prawda u nas w domu były zawsze 2 barszcze biały i tradycyjny czerwony, ale ten lubię bardziej, podobnie jak mój tato (to w jego rodzinie robiono tą zupę, a po śmierci jego mamy moja druga babcia specjalnie dla taty przygotowywała 2 barszcze) oraz brat.
Po drugie kompot z suszu. Pamiętam jak w dzieciństwie go nienawidziłam. Gorzki smak suszonych śliwek aż wykręcał językiem, ale wiadomo - kto nie wypił choć trochę kompotu nie dostanie prezentu. Teraz nie wyobrażam sobie Wigilii bez kompotu. I tu w tym miejscu muszę sobie zanotować i zapamiętać raz na zawsze: nie dodawać cynamonu, bo chociaż dzięki temu kompot jest słodki i łagodniejszy, to zdecydowanie nie jest to kompot mojej babci.
Po trzecie kapusta z grzybami. Ta potrawa to raczej efekt nie marnowania jedzenia. W końcu coś trzeba zrobić z wygotowanymi resztkami, z których powstały wywary do barszczu. Resztki te zasmażam, doprawiam i wychodzi całkiem niezła kapustka :)
To tyle moich przygotowań, resztę tj smażonego karpia, uszka oraz pierogi z grzybami przygotowała moja teściowa. Jak widać Wigilia bardzo typowa. Później nastąpiło komisyjne otwieranie prezentów, włączenie tv i na stół wjechały ciasta. Po obfitej kolacji zjedliśmy jedynie po kawałeczku. Jako, że za ciasta również odpowiedzialna byłam ja, to jak już pisałam wcześniej przygotowałam to co na święta królowało u mnie w domu. Był więc piernik, był placek królewski, pierniczki z lukrem i kruche ciasteczka posypane siekanymi orzechami. Te ostatnie ciasteczka, chociaż bardzo zwykłe, dla mnie już zawsze będą ciastkami bożonarodzeniowymi, bo z tylko sobie znanych powodów babcia piekła je raz w roku właśnie na święta. Fotografie ciast mam , ale zamieszczę je dopiero w kolejnym poście, żeby nie dublować, a do tamtej tematyki będą bardziej pasowały.
W pierwszym dniu świąt z kolei teściowie gościli u nas na obiedzie. A w kolejnym dniu był przyjaciel rodziny, który jest jednocześnie chrzestnym Gucia (chyba muszę go jakoś nazwać na blogowe potrzeby, bo wspominam już o nim któryś raz). Wybraliśmy się we czwórkę po obiedzie na spacer nakarmić kaczki w niedalekim stawie, ale niestety kaczki były tak obżarte po świętach, że przed nami uciekały, chociaż gdy jestem tam w tygodniu to obskakują człowieka z każdej strony. Tak więc święta upłynęły nam spokojnie i leniwie.
Niestety z moją rodziną miałam w te święta kontakt jedynie skype'owo-telefoniczny. Mam nadzieję, że w przyszłym roku się to zmieni. U nas jakoś bardziej rodzinnie obchodzi się święta. Zawsze ktoś z dalszej rodziny odwiedzi nas lub my kogoś. Tutaj u męża, jedynie z teściami mieliśmy kontakt. Ale u nich nie ma tradycji odwiedzania rodziny, zresztą z innymi członkami rodziny nie odwiedzają się nigdy, chyba że gdzieś przypadkowo. Tego chyba nigdy nie uda mi się pojąć.

Były to pierwsze święta Gucia. Niestety, jak można się było wcześniej domyślić, nie wywarły na nim żadnego wrażenia. Zdawałoby się dzień jak co dzień. Za to rodzice byli jak najbardziej podekscytowani :) Szkoda tylko, że w Wigilię przed południem złapał katar, bo był trochę marudny. Na szczęście już jest zdecydowanie lepiej.

Tak jak już wspominałam wcześniej, w czwartek przed świętami odwiedzili mnie na kilka godzin brat z bratankiem. Bardzo miło było się z nimi zobaczyć. Brat ostatni raz gościł u nas w lipcu na chrzcinach Gucia, a bratanka ostatnio widziałam równo rok temu w poprzednie święta. Pierwsze spotkanie kuzynów odbyło się bez większych emocji, chociaż na wstępie Gucio się rozpłakał, zupełnie nie wiem dlaczego, bo raczej nie boi się obcych. Chyba wystraszył się naprawdę ogromnego worka ubranek, które przywiózł mu wujek. Wydaje mi się, że jednak różnica wieku między nimi (ponad 3 lata) jest dosyć spora i dużo czasu jeszcze będzie musiało upłynąć zanim nawiążą jakąś nić porozumienia.
Mam nadzieję, że brat z rodziną wstąpią tu jeszcze po Nowym Roku, kiedy będą już wracać do siebie. Być może nawet uda im się zostać na noc. Już nie mogę się doczekać :)
To tyle na razie mojej po-świątecznej relacji. Mam nadzieję, ze wszyscy spędzili te święta tak miło jak ja.

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych świąt!

Mój dostawca internetu zrobił nam dziś prezent świąteczny w postaci przerwy w dostawie internetu (i telewizji, ale za tym akurat nie tęskniłam). Internetu "brakło" akurat w momencie, gdy zaczęłam rozmowę z moim tatą i resztą rodzinki przez skype. Chciałam złożyć wszystkim życzenia, bo jutro nie będę mieć takiej możliwości. A tak będę musiała telefonicznie.Grrrrrr
No ale teraz po kilku godzinach na szczęście jest i mogę złożyć wszystkim życzenia zdrowych, spokojnych świąt, spędzonych nie tyle w rodzinnym gronie, co w gronie osób, z którymi naprawdę chcielibyśmy ten czas spędzić, a jeśli nie jest to możliwe, by upłynęły w miłej atmosferze. Wiem, ze nie każdy lubi ten świąteczny czas, ale mam nadzieję, że każdy wyniesie z niego coś dobrego dla siebie. A resztę za mnie niech dopowie Gucio.


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Różności

W miniony weekend święta wkroczyły do naszego mieszkania. Już w sobotę ubraliśmy choinkę i zrobiłam stroiki. Myśleliśmy, że mnóstwo kolorowych lampek ucieszy Gucia, który zawsze uwielbiał wszelkiego kalibru światełka. Nawet zwykła lampa potrafi wywrzeć na nim spore wrażenie. Jakże wielkie było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, ze Gucio choinkę ma w głębokim poważaniu. Nawet gdy po zmroku zapaliliśmy ją w ciemnym pokoju nie obdarzył jej ani jednym spojrzeniem. Podejrzewam, że ma to związek z tym, że od kilku dni Gucio intensywnie ząbkuje i na sobotę przypadło apogeum. Na szczęście obyło się bez gorączki i tym podobnych historii ale i tak widać było, że cierpi strasznie. Zatem ogłaszam wszem i wobec, że oficjalnie od 17 grudnia Gucio jest szczęśliwym posiadaczem uzębienia sztuk jeden :)

W niedzielę byliśmy w kinie na Listy do M. Żadne tam kino wielkich lotów, ale jak na polską komedię całkiem przyzwoicie. Chociaż jak stwierdził Paskud "Karolaka nie mogło zabraknąć". Coś w tym jest, ze ten akurat aktor niedługo będzie wyskakiwał z lodówki. Tak czy inaczej lekka, zabawna komedia (chociaż ze śmiechu nie płakałam, a czasem mi się zdarza), z banalnym zakończeniem, taka w sam raz, by wprawić się w świąteczny nastrój.

Dziś upiekłam placki do placka królewskiego i popakowałam prezenty. Stoją dumnie pod choinką i czekają, aż je Gucio zdewastuje :) A tak na poważnie, to jeszcze nie wykazał zainteresowania nimi i mam nadzieję, ze tak mu zostanie. Na szczęście moje dziecko jest bardzo towarzyskie i wszędzie pełza za mamą, więc nie ma obawy, że coś zniszczy w pokoju pod moją nieobecność, bo zwyczajnie nigdy sam w pokoju nie zostaje. Nawet gdy ja biorę prysznic dwoje niebieskich oczu bacznie mnie obserwuje przez uchylone drzwi łazienki. Z jednej strony bardzo to rozczulające, a z drugiej nieco upierdliwe ;) Ale nie narzekam, przyjdzie niedługo czas, że będę chciała by spędzał ze mną więcej czasu.


Cały nadchodzący tydzień mam już szczegółowo rozplanowany i mam nadzieję, ze uda mi się ściśle przestrzegać grafiku. Inaczej mogę się nie wyrobić. Tym bardziej, że cały czwartek mi "wypada". Brat przyjeżdża do Polski na święta i w drodze do naszego rodzinnego domu obiecał się u mnie zatrzymać na kilka godzin. Bardzo się cieszę na tą wizytę. Brata nie widziałam już od lipca, od chrzcin Gucia. Ale jeszcze bardziej się cieszę na spotkanie z moim bratankiem, którego ostatni raz widziałam w poprzednie święta Bożego Narodzenia. Mam tylko nadzieję, ze nie zmienią planów w ostatniej chwili.

Zatem święta coraz bliżej. Od zawsze bardzo lubiłam ten czas w roku. Ale od kiedy mam własną rodzinę cenię go chyba jeszcze bardziej. Cieszy mnie, że mam dla kogo wszystko przygotowywać. I zaczynam rozumieć moją babcię, która potrafiła zarywać noce przed szykując święta dla całej rodziny, tak by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Na starość robię się strasznie sentymentalna.

czwartek, 15 grudnia 2011

Kokoski Marysi

Jako się rzekło poczęstunek dla Mikołaja być musiał. Bardzo lubię takie małe ciasteczka "na jednego kęsa". Tym razem padło na kokoski Marysi. Przepis pochodzi z zeszytu z przepisami mojej babci a Marysia to jak podejrzewam jedna z jej koleżanek, nawet chyba wiem która. Pamiętam, że w dzieciństwie były to moje ulubione ciasteczka, uwielbiałam gdy babcia je piekła. Teraz mam innych faworytów, niemniej te nadal są pyszne no i przywołują same miłe wspomnienia :)

Kokoski Marysi
Składniki:

na ciasto
40 dkg mąki
4 żółtka
1/3 szkl mleka
2 dkg drożdży
1 łyżka cukru
kostka masła
na masę
4 białka
40 dkg cukru
10 dkg wiórek kokosowych

Przygotowanie:
  1. drożdże rozpuścić z cukrem
  2. z wszystkich podanych składników zagnieść ciasto
  3. wstawić na pół godziny do lodówki
  4. białka ubić na parze na sztywną pianę
  5. dodawać porcjami cukier i cały czas ubijać
  6. na końcu dodać kokos
  7. kawałki ciasta wałkować na cienkie placki
  8. posmarować masą
  9. zwinąć w rulonik i odkroić gdy osiągnie pożądaną średnicę (ja osobiście wolę mniejsze, bo później ciasteczka wychodzą ładniejsze)
  10. pokroić na kluseczki, tak grube jak wysokie mają być ciasteczka

  11. układać na blasze i piec w temp ok 1700C nie pozwalając, by zbyt mocno się zrumieniły

wtorek, 13 grudnia 2011

Optymistycznie

Pierwszą, najważniejszą i najbardziej optymistyczną wiadomością jest fakt, że w końcu mamy przełom w leczeniu Gucia. W ostatnią środę tuż po mikołajkach byliśmy u alergologa, a później u dermatologa. Ten drugi zalecił stosowanie Protopicu, pomimo że jest to maść od 2. roku życia, uznał że w naszym przypadku większą szkodę przyniesie stosowanie sterydów, które średnio pomagały, lub niestosowanie niczego. Efekty są rewelacyjne, co bardzo mnie oczywiście cieszy :) Zeszły wszelkie plamy, zaczerwienienia, niemal wszystkie rany. Gucio śpi dużo spokojniej i zdecydowanie mniej się drapie. Mniej więcej w tym samym czasie zmieniliśmy też kosmetyki do codziennej pielęgnacji. Teraz Gucio wygląda jak nie moje dziecko, prawie jak zdrowy niemowlak :)
Teraz coś z serii pierwsze razy mojego dziecka: pierwszym słowem wypowiedzianym przez Gucia, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu wcale nie było mama. Przy zabawie bez przerwy powtarza baba i jakoś tak śmiesznie cmoka. Co prawda wszystko wokół jest baba i ciężko nawet na siłę dopatrzyć się w tym jakiegokolwiek sensu, no ale pierwsze słowo jest :)
W zeszłym tygodniu były mikołajki. Ja i Paskud musieliśmy być bardzo niegrzeczni, bo do nas święty nie zajrzał. Obłowił się jedynie Gucio, u którego był jeden z jego ojców chrzestnych. Tak, tak dobrze napisałam Gucio ma dwóch ojców chrzestnych. Chociaż w kościelnej nomenklaturze nieco inaczej się te funkcje nazywają, to dla nas obydwaj chrzestni są tak samo ważni, dlatego obydwu nazywam ojcami chrzestnymi. Tak czy inaczej Mikołaj był, więc i ciasteczka dla Mikołaja być musiały :) Tym razem postawiłam na kokoski. Przepis w kolejnym poście.

Dzień przed mikołajkami rozmawiałam przez skype z moim czteroletnim bratankiem. Przez cały listopad zbierał on do specjalnego pudełka "dobre uczynki". Kiedy o nie zapytałam cały się rozpromienił i pełen entuzjazmu pobiegł po nie do drugiego pokoju, żeby mi pokazać ile ich nazbierał. Po uchyleniu wieka całkiem sporego pudełka, na samym dnie leżały dobre uczynki mojego chrześniaka. Zbierał je z wielkim trudem przez 4 tygodnie. Było ich całe 3 :) Obśmiałam się jak norka, chociaż małemu powiedziałam, że jestem z niego bardzo dumna i za te jego dobre 3 uczynki Mikołaj zostawił coś u mnie dla niego. Małe dzieci są niesamowite.

W temacie prezentów, na szczęście wszystkie prezenty gwiazdkowe zaplanowane na ten rok mam już zakupione. Czekają tylko na pakowanie. Chyba pierwszy raz tak wcześnie się z tym uporałam, bo zawsze sobie obiecywałam, że zrobię zakupy wcześniej, a przeważnie i tak odkładałam to aż do ostatniej chwili. A tu proszę sama siebie zaskoczyłam. Mam nadzieję, że wszyscy obdarowani będą zadowoleni. Również zakupy choinkowo-lampkowo-bombkowe mamy już zrobione. W tamtym roku wyjeżdżaliśmy na święta, więc w domu mieliśmy tylko choinkę miniaturkę. Teraz chcę mieć większą, pięknie ubraną i kolorową. Już sobie wyobrażam jak Gucio będzie szalał na widok tylu światełek.

Jak widać powoli ogarnia mnie już nastrój świąteczny :) Dziś piekłam piernik i w domu roznosi się piękny korzenny zapach. Zrobiłam zdjęcia i dodam je za moment do odpowiedniego posta, choć piernik nie jest jeszcze skończony, ale przekładać masą i oblewać czekoladą będę dopiero przed samymi świętami. Ależ się rozmarzyłam :)

wtorek, 6 grudnia 2011

Ciasto cappuccino

Przeglądając w minionym tygodniu pewien blog natknęłam się na bardzo przyjaźnie wyglądające ciasto cappuccino. Niewiele się zastanawiając postanowiłam sprawdzić, czy ciasto smakuje równie dobrze co wygląda. Pogoniłam Paskuda do sklepu i w piątek, podczas dopołudniowej drzemki Gucia zabrałam się do pracy. Chociaż zabranie się do pracy to zbyt dużo powiedziane, bo ciasto wcale wiele pracy nie wymaga. Najdłuższym etapem jest upieczenie biszkopta, później już z górki. Przy robieniu mas najdłużej czasu zajęło mi uwaga: rozpuszczenie wszystkiego w wodzie (żelatyny, galaretki, kawy, zrobienie ponczu). Tak więc rację miała autorka pisząc, że jest to ciasto bardzo łatwe i nie pracochłonne.
Nie będę tu zamieszczać przepisu, aby nie być posądzoną o plagiat, ale Autorka na pewno nie obrazi się jeśli podam link do źródła. Polecam serdecznie. Niech samo za siebie powie, że pierwsze 2 kawałki ukroiłam w piątek wieczór, tylko aby skosztować, a 2 ostatnie schowałam specjalnie do porannej niedzielnej kawy. Rozprawiliśmy się z całą blachą w ciągu 1 dnia! A tak na marginesie, to później jestem wielce zdziwiona, dlaczego jeszcze nie wróciłam do formy sprzed ciąży ;) Zatem nie przedłużając:

Cappuccino

Powyższe zdjęcie to jeden z dwóch ostatnich kawałków.

Polecam serdecznie przepis.



wtorek, 29 listopada 2011

Placek królewski

Dziś kolejne ciasto, które nie nawiązuje do tradycji świątecznej, ale które zawsze u mnie przy okazji świąt się pojawia. Jest to typowy i każdemu chyba znany placek królewski. Uwielbiam połączenie miodowych placków, słodkiej masy grysikowej i kwaskowatego powidła. Niestety jak pisałam wcześniej, zdjęcia do wszystkich przepisów świątecznych z wiadomych przyczyn zamieszczę dopiero z końcem grudnia.

Placek królewski

Składniki:

na ciasto
1 kg mąki tortowej
20 dkg miodu
10 dkg cukru pudru
2 łyżeczki sody oczyszczonej
10 dkg masła
4 jajka
na masę
1 litr mleka
8 łyżek grysiku
40 dkg cukru pudru
3 cukry waniliowe
50 dkg masła
4 żółtka
dodatkowo 1 powidło śliwkowe

Przygotowanie:
  1. podgrzać miód
  2. z podanych składników zagnieść ciasto
  3. podzielić na 4 części i schować do lodówki
  4. schłodzone wałkować na grubość ok 2-3 mm i piec w temp 1800C
  5. zagotować mleko, dodać grysik (uważać, żeby nie zrobiły się grudki)
  6. cały czas mieszając gotować, aż zgęstnieje
  7. dodać żółtka, zamieszać , przykryć i odstawić do ostygnięcia
  8. utrzeć masło, dodać cukier (puder i waniliowy) i wystudzony grysik
  9. pierwszy placek posmarować powidłem (dosyć cienko), na to masą grysikową
  10. przykryć kolejnym plackiem, posmarować powidłem i na to masą
  11. mają być 4 placki i 3 warstwy masy
  12. kiedy placki trochę zmiękną, można obkroić brzegi, żeby były ładne i równe
  13. wierzchni placek polać polewą lub roztopioną czekoladą
Placek ten należy upiec dzień przed planowaną konsumpcją, żeby placki zdążyły rozmięknąć, inaczej będą twarde jak kamień. Ponadto ja najczęściej w jeden dzień piekę placki, na drugi dzień przygotowuję masę, a dopiero na 3 dzień pozwalam na jedzenie. W ten sposób, przygotowanie całości nie zabiera aż tak dużo czasu podczas przedświątecznych przygotowań, kiedy wiadomo, że doba powinna mieć 48 godz :)

niedziela, 27 listopada 2011

Poniedzielnie

Dziś, w niedzielę 27 listopada byliśmy zaproszeni na obiad do teściów. Niby nic szczególnego, a jednak postanowiłam zapisać sobie tę datę, bo jak tak wysiliłam pamięć solidnie i zliczyłam, to u teściów w domu byłam 4 razy. A i oni u nas byli niewiele więcej. Nic to, że od ponad roku należę do rodziny. Chociaż muszę oddać sprawiedliwość, kwestia ta nie spędza mi snu z powiek. Na szczęście teściowie moi zajęci wnukiem i jego nowo nabytymi umiejętnościami nie wymagali ode mnie zbyt dużego zaangażowania w przebieg spotkania.
Zastanawiam się czy z czasem uda mi się zmniejszyć dystans między nami, czy zawsze już nasze relacje będą obarczone tą rezerwą. Rezerwą, którą w sumie ja sama tworzę i której nie mam ochoty zmniejszać. Jednak to szczera prawda, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Nasze pierwsze spotkanie nie było zbyt miłe i mimo, że miało miejsce już dawno temu, to emocje, które wtedy we mnie wywołało nadal są bardzo żywe. Niestety są to bardzo negatywne emocje. Podobno czas leczy rany, u mnie czas jeszcze nic nie zdziałał, ale dam mu jeszcze szansę. Zobaczymy...
Niestety oliwy do ognia dolewa fakt, że kiedy tylko spotykamy się z rodzicami Paskuda od razu dociera do mnie ze zdwojoną siłą fakt jak bardzo brakuje mi moich rodziców. Oczywiście istnieją telefony, skype i inne wynalazki, ale brakuje mi ich tu na miejscu. Brakuje mi ich obecności i tego, że to nie oni patrzą jak ich wnuk rośnie i uczy się nowych rzeczy.
U nas w domu rodzinnym zawsze zbieraliśmy się całą rodziną z okazji świąt czy przy innych okazjach. Pamiętam Wigilie najpierw u jednej babci, gdzie wujków, cioć i kuzynów było tyle, że ledwo mieściliśmy się w największym pokoju, a po Wigilii biegiem do drugiej babci i znów kolacja z drugą częścią rodziny. W mojej nowej rodzinie nie ma takich tradycji. Tego też bardzo mi brakuje i źle mi ze świadomością, że moje dziecko nie będzie miało takich wspomnień.

Ale mnie wzięło, smętny nastrój. Pomarudziłam sobie, wylałam swoje żale mam nadzieję, że chociaż trochę mi przejdzie.

Nie wspomniałam jeszcze o Klubie Mam. Odkryłam go całkiem przypadkiem już jakiś czas temu. Działa u nas w mieście. Byłam w ostatni wtorek na pierwszym spotkaniu. Akurat odbywały się warsztaty z dr pedagogiki, o tym jak skutecznie zachęcać swoje dziecko do aktywności. Niestety nie wyniosłam z nich tyle ile bym mogła, bo jako jedna z 2 mam przyszłam z dzieckiem, a jak wiadomo niemowlak nie usiedzi w ciszy i spokoju 2 godz. Na szczęście spotkania odbywają się też w innych, luźniejszych formach, więc mam nadzieję, że znajdziemy z Guciem coś dla siebie. Myślę, że przydadzą mi się takie spotkania z innymi mamami małych dzieci. Najbliższe spotkanie w przyszłym tygodniu, Mikołajkowe :).

A żeby nie było tak całkiem smutno i ponuro, mały kolorowy akcent na koniec. Gucio i jego nowy nabytek, dotarł niedawno od babci. Na razie bada co to za wynalazek, ale widać, ze sprawia mu coraz większą frajdę.


sobota, 26 listopada 2011

Rogaliki francuskie z konfiturą z róży

Kolejny przepis z serii moich weekendowych wypieków. A miało być już tylko świątecznie. Jeszcze tylko te rogaliki i znów wracam do serii świątecznej. Jak to rogaliki, te także wymagają pewnego nakładu pracy, który jednak w 100% się zwraca. Upieczenie dosyć pokaźnej miski rogali (jak na ostatnim zdjęciu) zajmuje mi ok 2 godz. Niestety, ale przy wydatnym udziale Paskuda miska opróżnia się znacznie szybciej ;)

Rogaliki francuskie

Składniki:
0,5 kg mąki
1 kostka masła
2 żółtka
1 jajko
3 dkg drożdży
1/4 l śmietany
cukier waniliowy
konfitura z róży - ja niestety nie mam konfitury własnej roboty więc wykorzystuję kupną
cukier do posypania rogalików, im grubszy tym lepszy, ale ma to jedynie znaczenie dekoracyjne, zatem zwykły kryształ też może być
pozostałe 2 białka wykorzystujemy do smarowania gotowych rogalików

Przygotowanie:
  1. z podanych składników zagnieść ciasto
  2. oddzielić ok 1/4 części ciasta i rozwałkować dosyć cienko w kształt prostokąta (mniej więcej, u mnie to mniej :) )
  3. wzdłuż brzegu nałożyć konfiturę
  4. zwinąć jak rulonik, aż cała konfitura będzie zawinięta
  5. odkroić wzdłuż rulonika
  6. zrobić 3 małe nacięcia, a następnie odkroić kawałek, pokroić w ten sposób cały rulonik
  7. układać na blasze formując rogaliki, posmarować pozostałym białkiem i posypać cukrem
  8. piec w 1800C, tak długo aż się upieką :)
Jedyny minus tych rogalików to taki, że niestety bardzo utrudniona jest kontrola nad zjadaną ich ilością. Właściwie to pojawiające się dno informuje nas, że należałoby przestać :)


wtorek, 22 listopada 2011

Ciasteczka owsiane

Ojjjj bardzo dawno mnie tu nie było. Bardzo nieładnie z mojej strony. Niby nic się nie zmieniło, a jakoś tak czasu brak na wszystko. Ale już jestem i nadrabiam zaległości. Najpierw przepisowe, a później się zobaczy. W miniony weekend robiłam ciasteczka owsiane. Bardzo lubię te ciasteczka, nie są bardzo słodkie, można śmiało je zaliczyć do kategorii zdrowych (nie zawierają białego cukru, a z tłuszczu to tylko 1 łyżka oleju). No i niewątpliwie największą ich zaletą jest fakt, że zrobienie ok 16 szt zajęło mi ok 20 min łącznie z pieczeniem. Właściwie to upiekłam je w trakcie gotowania obiadu, po którym były już wystudzone i gotowe do konsumpcji :)

Ciasteczka owsiane
Składniki:

1 szkl płatków owsianych
1 szkl otrębów pszennych
1 szkl mąki
1szkl bakalii (ja dałam tylko rodzynki, bo tylko je miałam w domu, ale tu jest pełna dowolność)
1/2 szkl miodu
1 jajko
1 łyżka oleju
1 niepełna łyżeczka proszku do pieczenia
1/3 szkl soku jabłkowego (ja nie dałam, bo nie miałam i też były dobre :) )
szczypta cynamonu

Przygotowanie:
  1. Zmiksować jajko z miodem, sokiem jabłkowym i olejem.
  2. Wymieszać w misce wszystkie pozostałe składniki (suche).
  3. Dodać zmiksowane jajko z dodatkami.
  4. Dokładnie wymieszać.
  5. Formować na blasze wyłożonej papierem ciasteczka okrągłe (jeśli się uda ;) ) i płaskie (lub jakie kto tam chce).
  6. Piec w 2000C przez 10 min
  7. Smacznego :)
Jak widać przepis bardzo prosty i łatwy w wykonaniu i podobnie jak przy Rafaello, raczej niewiele można tu zepsuć. A teraz foto tego co zostało zanim udało mi się znaleźć aparat:

Jak widać moje ciasteczka ani okrągłe, ani tym bardziej urodziwe nie są (nie miałam ani czasu, ani cierpliwości, żeby formować jakieś ładne kształty), jednak nie ujmuje im to w ogóle na smaku.

piątek, 11 listopada 2011

Piernik lany

Tak jak pisałam wcześniej czas się wziąć za przepisy. Na pierwszy ogień idą przepisy ciast i ciasteczek, które obowiązkowo co roku robię na święta Bożego Narodzenia. No bo jak to tak święta bez słodkości? Nie są to wypieki typowo świąteczne, ale dla mnie od dziecka kojarzące się z tymi właśnie świętami, chociaż oczywiście piekę je także w ciągu roku. Niestety zdjęcia będą dostępne dopiero pod koniec grudnia, no chyba, że wpadnę na pomysł upieczenia czegoś wcześniej.

Mój świąteczne faworyt to:

Piernik lany

Składniki:
4 jajka
1 szkl cukru
1/2 kostki margaryny
1 szkl gęstej śmietany
1 opakowanie przyprawy do piernika
1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
3 łyżki oleju
2 szkl mąki
1/2 szkl miodu
1 łyżka kakao
mielone goździki
bakalie jeśli ktoś lubi (ja nie daję)

Przygotowanie:
  1. w rondelku stopić margarynę, dodać miód, dodać olej - wystudzić.
  2. utrzeć żółtka z połową cukru
  3. do żółtek dolać porcjami tłuszcz, mąkę, sodę oczyszczoną, przyprawy
  4. dodać śmietanę (cały czas oczywiście wszystko mieszając)
  5. ubić białka z resztą cukru
  6. dodać białka do ciasta
  7. na koniec dodać bakalie
  8. piec w ok 160-170 0C
Z podanego przepisu wystarcza ciasta na większą keksówkę. Ja zawsze piekę z 2,5 porcji, piekę w wysokiej formie 40x28 cm i kroję na 4 nieduże pierniki.
Zależnie jak kto lubi można go przekroić i pezłożyć np marmoladą. Ja przekładam moje pierniki masą czekoladową:

Masa czekoladowa

Składniki:
4 jaja
25 dkg cukru
6 łyżeczek żelatyny
1/3 szkl wody
0,5 kostki masła
2-3 łyżki kakao

Przygotowanie:
  1. żelatynę zalać chłodną wodą i podgrzewać aż do rozpuszczenia, następnie wystudzić.
  2. jajka ubić z cukrem na parze
  3. dodać kakao, wymieszać i wystudzić
  4. utrzeć masło, dodać porcjami jajka
  5. w tym miejscu można dodać spirytus
  6. na koniec wlać cienkim strumieniem żelatynę
Na koniec jeszcze tylko polewa i gotowe :)
Piernika zawsze piekę więcej. Musi on trochę postać, ja robię go przeważnie ok 1-2 tyg przed świętami i jakimś dziwnym trafem zapasy tego ciasta szybko mi topnieją jeszcze przed Wigilią.
Polecam, bo nie jest trudny w wykonaniu i spokojnie może sobie długo postać szczelnie owinięty folią. Nic mu się nie stanie.
____________________________________________________________________
dopisek 13.12

Dziś upiekłam piernik z tego przepisu. Upiekłam tak jak pisałam wyżej z 2,5 porcji (czyli 10 jajek itd) w efekcie wyszły mi 4 cudnej urody (ha ha ha) pierniki pieczone w keksówkach. Zdjęcia poglądowe poniżej:



środa, 9 listopada 2011

Pierwsze razy

Pamiętnik to pamiętnik. Tytuł bloga zobowiązuje, a więc i wpisy upamiętniające "ważne" wydarzenia być muszą. Dziś będzie krótko i zwięźle, bo o pierwszych razach Gucia. Kilka tych pierwszych razów się nam skumulowało, zatem je sobie tu za jednym zamachem spiszę.

Zaczynając od początku.
W ostatni piątek odbyło się pierwsze siedzenie bez podparcia. Wiekopomne to wydarzenie miało miejsce na kanapie i trwało jakieś 10 sekund, ale mama była bardzo dumna :) W weekend poszło trochę lepiej, na tyle, że można było aż strzelić kilka fotek zanim grawitacja bezlitośnie zadziała i sprowadziła moje dziecko do poziomu. Co ciekawe w poniedziałek Gucio całkowicie zapomniał jak się siedzi i ani raz mu się ta sztuka nie udała, na szczęście już dochodzi do wprawy i pewnie już będzie coraz lepiej.
Wczoraj odbyło się pierwsze jedzenie z łyżeczki. Tu raczej nie ma się co rozpisywać. Każdy nawet bezdzietny jest w stanie sobie wyobrazić jak wygląda niemowlak i jego otoczenie podczas nauki jedzenia łyżeczką. Ale pierwszy raz był, odnotować go trzeba.
Dziś Gucio dostał pierwszego chrupka. Jak było do przewidzenia biedne dziecko doznało szoku i nie bardzo wiedziało co począć z tym fantem, co się znalazł w buzi, ale ja nie o tym chciałam. Przy tej okazji bardziej zdziwiła mnie reakcja Paskuda, który chwycił aparat i zrobił sesję jak prawdziwy paparazzo. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy (znaczy przed ciążą), że mężczyzn mogą takie sprawy rozczulać i robić na nich aż takie wrażenie. To bardzo pozytywne zaskoczenie. Ale podejrzewam, że jeszcze niejedno takie zaskoczenie przeżyję, takich miłych oby było jak najwięcej.
Teraz czekamy na raczkowanie. Co prawda pełzanie Gucio opanował do perfekcji i śmiga jak mały samochodzik, ale "raczkowanie" to brzmi dumnie zatem nie możemy się doczekać :)


Sama nie mogę uwierzyć jak bardzo zmieniłam się w ciągu ostatniego roku. Przed ciążą nie miałam zbyt silnie rozwiniętego instynktu macierzyńskiego i raczej nie zacieśniałam więzi z dzieciatymi koleżankami, nie mówiąc już o zacieśnianiu więzi z jakimś dzieckiem ;) A teraz sama prowadzę blog w dużej części poświęcony mojemu dziecku. Tak wiem, że hormony, że instynkty. Ale takie to trochę banalne, a jednocześnie takie niesamowite. Ot, kolejny życiowy paradoks.


Miało być krótko, jest jak zwykle.
Dziś już zbieram się do spania, ale od następnego razu zacznę tu wrzucać kolejne przepisy. Tak dla równowagi. No a poza tym połowa listopada tuż, tuż, a ja wszystkie świąteczne przepisy chciałam zamieścić do połowy grudnia.
Jak mawiała moja babcia "Niech wszy po stole chodzą, porządek musi być!"
Dobranoc :)

piątek, 4 listopada 2011

Jak nauczyć małe dziecko czytać

Tytuł posta to jednocześnie tytuł ostatnio przeczytanej przeze mnie książki. Pierwszy raz z tematem nauki małych dzieci czytania globalnego zetknęłam się będąc jeszcze w ciąży. Poszperałam w internecie, poczytałam i odłożyłam sprawę "na później". Kiedy nadeszło owo później ochoczo zabrałam się do własnoręcznego robienia materiałów. Niestety z racji, że jestem dość leniwa, a wypisywanie tylu dziesiątków wyrazów jest zajęciem dość żmudnym, zapał mój szybko minął. Szczególnie, że nie mogłam w tej kwestii liczyć na pomoc Paskuda, który do kwestii podszedł dość sceptycznie i patrzył na mnie z pewnym politowaniem w oczach. I znów sprawa utknęła w miejscu razem z kilkunastoma gotowymi kartami. Po kolejnych kilku tygodniach znów poszperałam w necie i znalazłam to czego szukałam, czyli gotowce :) a przy okazji wyszperałam oprócz samych zasad i reguł metody całą książkę, która niestety nie jest już dostępna w sprzedaży. Tu moja leniwa dusza uradowała się bardzo, a po kilku dniach miałam w domu piękny, nowiutki zestaw do rozpoczęcia nauki. Tym oto sposobem równo od tygodnia bawimy się z Guciem w słowa.

Teraz pewnie większość z Was zastanowi się ile Gucio ma miesięcy i popuka się w czoło. No cóż Gucio ma 6,5 miesiąca i wg autora książki naszą zabawę rozpoczęliśmy o 6,5 miesiąca za późno. Lepiej późno niż wcale ;) Nie będę się tu rozpisywać na temat wszystkich szczegółów, zasad itp. Całkiem sporo informacji na ten temat można znaleźć w sieci. Ja znalazłam artykuły, fora gdzie matki uczące swoje dzieci czytać wymieniają się opiniami, filmiki ilustrujące proces nauki a także jej efekty. Kilka z tych filmików pokazałam wczoraj Paskudowi. Widziałam, że zrobiły na nim spore wrażenie. A dziś ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, kiedy jak zwykle po powrocie z pracy poszedł bawić się z Guciem, wziął ze sobą karty do czytania. My na efekty będziemy musieli jeszcze pewnie długo poczekać. Chociaż z drugiej strony to duży plus, gdyż generalną zasadą tej metody nauczania jest zakaz jakiegokolwiek sprawdzania, egzaminowania czy testowania. Raczej ciężko nam będzie przeegzaminować kilkumiesięczne niemowlę z umiejętności czytania :)

Nie wiem czy ta metoda faktycznie pozwoli mojemu dziecku nauczyć się czytać, czy lepiej będzie radziło sobie w szkole i czy zostanie małym geniuszem. Nie o to mi chodzi. Na pewno pobudzi to jego mózg do lepszego rozwoju (wiadomo im więcej bodźców, tym więcej połączeń nerwowych i sprawniejsze funkcjonowanie), rozbudzi jego ciekawość świata, w większym stopniu rozwinie zdolności językowe. A przede wszystkim jest to kolejne zajęcie, dzięki któremu spędzamy czas RAZEM na fajnej zabawie, no bo skoro niemowlak potrafi się skupić na tym co robimy i uśmiecha się do mnie to pewnie jest to dla niego fajna zabawa. Jedyne co mamy do stracenia to, że ta zabawa nie przyniesie, żadnych efektów, ale jeśli nie spróbujemy, to tych efektów także nie będzie, zatem jak dla mnie rachunek jest prosty.

Na razie zaczęliśmy od nazywania najbliższych nam rzeczy. Co jakiś czas pewnie będę tu napomykać o naszych postępach. Aż sama jestem ciekawa co z tego wyjdzie :)

Na jutro zaplanowałam pieczenie croissantów, które uwielbiam, a których jeszcze nigdy samodzielnie nie robiłam. Aż mi ślinka cieknie na myśl o cieplutkich jeszcze rogalikach. Jeśli wyjdzie z tego coś co będzie miało więcej zastosowań niż tylko ciśnięcie tym do śmieci zamieszczę krótką relację i przepis.

piątek, 28 października 2011

Mały pacjent

Nareszcie piątek wieczór. Tak się nieszczęśliwie w tym tygodniu poskładało, że codziennie od poniedziałku do piątku chodziliśmy z Guciem a to do lekarza, a to na badania, a to rehabilitacja. Codziennie coś. Gucio ma 6,5 m-ca i jak do tej pory nie miał wprowadzonego żadnego "normalnego" jedzenia, a od ponad miesiąca je już tylko mieszankę. W związku z tym nasza pani pediatra zleciła morfologię i oznaczenie poziomu żelaza. W środę pierwszy raz w życiu mały miał pobieraną krew. Ponieważ do badania żelaza potrzebna jest dosyć duża próbka, biedne małe paluszki były kłute aż 3 razy. Okazało się jednak, że to mama zdecydowanie bardziej przeżywała wizytę w punkcie pobrań. Mój dzielny mały chłopak ani raz się nawet nie zająknął, tylko ze stoickim spokojem obserwował jak miła pani napełnia kolejne kapilarki. Co prawda przy ostatniej zaczął się nudzić i wiercić ze znudzenia, no ale przecież ileż można. Zuch chłopak :) Wyniki odebraliśmy w ten sam dzień i tak jak podejrzewała nasza pediatra obniżony poziom żelaza i hemoglobiny. Będzie potrzebna pewnie jakaś suplementacja.

Dziś z kolei byliśmy u alergologa. Jak zwykle to bywa przed wizytą nastąpiło zaognienie i dostaliśmy znów steryd :( Pocieszające jest tylko to, że nawet w przypadku mocnych zaognień nie są one aż tak silne jak to było gdy Gucio miał 2-3 miesiące. Ogólnie jest znacznie lepiej niż kiedyś, ale jakoś nie możemy wyłapać wszystkich alergenów. Na wiadomość o poprawie stanu skóry podczas wyjazdu lekarka stwierdziła, że w takim razie winna jest najprawdopodobniej woda lub powietrze. Tiaaa. To nas pocieszyła. Na szczęście pozwoliła już rozszerzać dietę. Na razie kaszka do mleka, a później jarzyny. Oczywiście bardzo ostrożnie i jeszcze bardziej powoli. Ale to już coś :) Powoli zaczynamy rozglądać się za królikami na mięsko. Jeśli ktoś ma na zbyciu niech da znać ;)

Choroba Gucia dała nam się już we znaki. Najgorsze jest to jak przy każdym rozebraniu moje biedactwo drapie się po całym ciałku, bardzo często do krwi. Nic nie jest w stanie wtedy odwrócić jego uwagi, jest tak zapalczywy w drapaniu, jak gdyby był to najważniejszy cel jego malutkiego życia. Aż płakać się wtedy chce, bo nie mogę mu pomóc. Cały czas pocieszam się tylko myślą, że może za kilka miesięcy, może za kilka lat, ale przecież w końcu najprawdopodobniej samo przejdzie. Musi.

PS Nie wiem co z tymi czcionkami. W edycji i na podglądzie wszystko jest napisane jedną czcionką a tu wyświetla 2 różne. Echhh Jak dojdę co i jak, poprawię

niedziela, 23 października 2011

Bananowiec na biszkopcie

Jak pisałam w poprzednim poście tym razem przepis na pyszny bananowiec. Ciasto bardzo dobre na ciepłe dni, ale i o tej porze roku nie pogardzę ;)

Składniki:
pół kostki masła
1 kostka margaryny
1 szkl (niepełna) cukru pudru + 5 łyżek do białek
3-4 żółtka
galaretki: 2 cytrynowe, 1 wiśniowa, 1 agrestowa
4 banany

Przygotowanie:
  1. Masło, cukier puder i żółtka zmiksować na puszystą masę.
  2. Dodać rozdrobnione banany - zmiksować.
  3. Dodać wystudzoną, gęstniejącą galaretkę cytrynową, rozpuszczoną w 1 i 1/2 szkl wody - zmiksować.
  4. Wyłożyć masę na biszkopt.
  5. Ubić białka z 5 łyżkami cukru pudru.
  6. Dodać galaretkę wiśniową rozpuszczoną w 1 szkl wody - zmiksować.
  7. Wyłożyć na masę bananową.
  8. Pokryć galaretką agrestową, można wcześniej wyłożyć pokrojonymi bananami lub innymi owocami wg uznania :)
Składniki na biszkopt:
pół szkl mąki pszennej
pół szkl mąki ziemniaczanej
4 jaja
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 szkl cukru

Przygotowanie:
  1. Ubić białka na bardzo sztywną pianę.
  2. Pod koniec ubijania dodać cukier.
  3. Dodać przesianą mąkę, żółtka, sodę.
  4. Dokładnie wymieszać.
  5. Piec w 180 st

Smacznego!

Powrót

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. We wtorek wróciliśmy do domu po tygodniowym urlopie na południu. Spotkanie z rodziną i starymi znajomymi podziałało na mnie bardzo dobrze. Odpoczęłam sobie. Codziennie odwiedzał nas ktoś lub my byliśmy w gościach. Do południa, po południu, cały czas z kimś, tak jak lubię. A teraz znów niestety szara rzeczywistość. Do tego moje dziecko przez ten tydzień nauczyło się być w centrum zainteresowania co teraz niestety bez przerwy odczuwam. Do tej pory kilkumiesięczny niemowlak potrafił zająć się sam sobą przez dosyć długi czas, a teraz 5 min bez mamy nie wytrzyma. Ot taki towarzyski się nagle zrobił :) Ale co się wybawił i poszalał z dziadkiem to jego. A i dziadkowi spotkanie z wnukiem posłużyło. Mimo nostalgii jaka ogarnęła mnie po powrocie wyjazd zaliczam do jak najbardziej udanych. No ale powroty do domu nawet na krótką chwilę muszą być przecież udane, w przeciwnym razie przestałby to być mój dom.

Gucio obłowił się pod względem ubraniowo-zabawkowym. Został wycałowany, wypieszczony i wygłaskany na wszelkie możliwe sposoby przez tabun ciotek i wujków. Mam nadzieję, że jego emocje związane z wyjazdem wreszcie się wyciszą i wszystko wróci do normalności. W drugą noc po powrocie obudził się o 23 do karmienia, po czym stwierdził, że dla niego nadszedł nowy dzień i całą noc domagał się zabawy i zainteresowania. Za to kolejny dzień w większości przespał :)

A teraz największa niespodzianka tego wyjazdu. Pisałam o tym we wcześniejszym poście, ale nie do końca w to wierzyłam. Na miejscu byliśmy we wtorek, a w czwartek czyli po 2 dniach moje dziecko wyglądało prawie tak, jakby nigdy nie miało AZS. Wszelkie zaczerwienia i krostki poschodziły. Tylko w miejscach najbardziej zaognionych pozostały niewielkie zmiany. Tym bardziej dziwi taka reakcja skóry, że mój tata jest osobą palącą i chociaż podczas naszego pobytu nie palił w mieszkaniu, to jednak całkowite wywietrzenie domu palacza jest bardzo trudne. Nasze mieszkanie jest przystosowane dla dziecka z AZS. Brak w nim firan, dywanów, wszelkie rzeczy, które łapią kurz zostały u nas ograniczone do minimum. U taty oczywiście mieszkanie jest jak najbardziej "normalnie" urządzone, a więc i ilość potencjalnych alergenów jest większa. A tu taka niespodzianka. Będę musiała przedyskutować tę kwestię z naszą panią alergolog, bo niestety powoli stan skóry Gucia się pogarsza. W nadchodzącym tygodniu mamy wizyty u 3 lekarzy, szkoda, że alergologa dopiero w piątek.

Dziś miałam zapowiedzianą wizytę teściów, która jednak nie doszła do skutku. Ale za to została mi cała blacha upieczonego wczoraj bananowca :) Przepis w kolejnym poście. Ciasto co prawda raczej na lato, niemniej pycha. Polecam!

czwartek, 6 października 2011

Rafaello bez pieczenia

Dziś przepis na przepyszne rafaello, które dzięki temu, że nie wymaga pieczenia zawsze się udaje i naprawdę trzeba by bardzo się postarać, ażeby coś w nim zepsuć.

Składniki:
3-4 duże paczki herbatników
3 żółtka
3 łyżeczki mąki ziemniaczanej
3 łyżki mąki pszennej
1 szklanka cukru
3 szklanki mleka
2 duże cukry waniliowe
30 dkg wiórek kokosowych
1,5 kostki masła

Wykonanie:
Dwie szklanki mleka zagotować z cukrem, cukrem waniliowym i 10 dkg wiórek kokosowych. Zmiksować 1 szklankę mleka, 3 żółtka oraz obydwie mąki. Całość wlać do gotującego się mleka i chwilę potrzymać na ogniu aż powstanie budyń.
Budyń wystudzić.
Masło zmiksować, dodać 10 dkg wiórek kokosowych i po łyżce budyniu.
Układać na przemian warstwami: herbatniki - krem - herbatniki - krem - herbatniki - krem (3 warstwy).
Na ostatniej warstwie kremu wysypać 10 dkg wiórek , dokładnie uklepać ręką (czystą :) )i wstawić do lodówki.

Jak widać przepis jest banalnie prosty, a gotowe ciasto jest pyszne. Polecam szczególnie tym zabieganym, którzy nie dysponują zbyt wielką ilością wolnego czasu, za to chętnie podjadają coś słodkiego do kawy.

A z innych wieści to niestety zawitało do naszego domu przeziębienie. A raczej zostało przywleczone przez Paskuda (uroki pracy z ludźmi). Na szczęście Gucio załapał tylko katar, ale to wystarczyło, żeby zafundować mamie bezsenną noc (tata nas pozarażał i
sprytnie udał się w delegację, ot taki jego urok :) ). Na szczęście kryzys już minął. Jutro wybieramy się do naszej pani doktor po recepty na Nutramigen, więc oglądnie młodego. Mam nadzieję, że nic nie wypatrzy i planowany od dłuższego czasu wyjazd do mojego rodzinnego miasta dojdzie do skutku. Już nie mogę się doczekać. Będzie to pierwsza nasza tak długa (prawie 600 km) podróż z Guciem. Na szczęście podobno w tym wieku dzieci większość drogi przesypiają. Żeby tylko to wstrętne katarzysko nas opuściło.
Podobno zmiana klimatu może korzystnie wpłynąć na stan skóry chorych na AZS. Wszystko co może przynieść chociaż chwilową ulgę warte jest przetestowania. Zatem pojedziemy, będziemy testować, a ja przy okazji poodwiedzam stare kąty i starych znajomych, u których nastąpił prawdziwy baby-boom. Zatem południe nadchodzę! :)


poniedziałek, 3 października 2011

Rogaliki c.d.

W miniony weekend odwiedziliśmy kolegę, który pragnął nauczyć się piec rogaliki. Wbrew moim obawom jego deklaracje chęci nauki były jak najbardziej szczere. Muszę przyznać, że wypieki udały się bardzo dobrze pod względem smakowym, trochę mniej pod względem wizualnym ;) Już po zapełnieniu pierwszej blachy kształtnymi rogalami, znajomemu odechciało się żmudne zwijanie i wprowadził radosną twórczość własną. Przynajmniej zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami było bardzo wesoło :) Szczególnie, że męska część zebranego towarzystwa oczekiwanie na wyrośnięcie ciasta postanowiła umilić sobie degustacją pochodzącego z południowej Polski regionalnego napoju wysoce wyskokowego.

Tak z innej beczki, bo miał to być też pamiętnik mojego synka. W ubiegłym tygodniu zakończyliśmy serię szczepień podstawowych. Następne przed nami dopiero za 7 miesięcy.
Gucio ma prawie 6 miesięcy i bardzo sprawnie umie się przewrócić z pleców na brzuszek, co robi z uporem maniaka. Równie uparcie odmawia przewracania się w drugą stronę, co skutkuje tym, że średnio co 5 min rozlega się bardzo donośne wołanie o pomoc. Mam nadzieję, że już niedługo sam załapie ten karkołomny wyczyn :)
Niestety atopowe zapalenie skóry znów dało o sobie znać po sobotnich odwiedzinach. Ciągłe natłuszczanie, nawilżanie, natłuszczanie i tak w kółko a końca nie widać. Poprawy też nie. Jedyna nadzieja w fakcie, że jak twierdzi nasza pani alergolog jedynie 2% dzieci z tego nie wyrasta. Mocno trzymamy kciuki za to, że my jednak pod tym względem będziemy jak najbardziej przeciętni i załapiemy się do tej 98% grupy. Kolejna wizyta u alergologa pod koniec października. Mam nadzieję, że będziemy mogli już wtedy zacząć wprowadzać jakieś inne jedzonko poza mieszanką. Już nie mogę się doczekać.

Na koniec zdjęcie mojego niedzielnego wypieku. Chleb piekę już od maja. Od tamtego czasu właściwie nie kupiliśmy pieczywa. Ale dopiero teraz powoli dochodzę do wprawy i mój chleb wychodzi tak jak powinien. Pachnący, z miękką, chrupiącą skórką. Każdemu polecam chociaż spróbować wypiec własny chleb. Nie jest to wielka sztuka, wbrew powszechnej opinii, a satysfakcja ogromna kiedy patrzę jak kolejne kromki znikają, zanim chleb zdąży wystygnąć. Przepisy, receptury i całą recepturę wypieku chleba znalazłam na tej stronie.

wtorek, 27 września 2011

Rogaliki drodżowe z konfiturą z dyni

Rogaliki drożdżowe z konfiturą są łatwe w przygotowaniu. Nie są to być może wyżyny sztuki kulinarnej, ale są świetną słodką przekąską. Zresztą nie o rogalikach chciałam tu napisać, a o konfiturze z dyni, z którą miałam pierwszy raz do czynienia.
Dynia w mojej kuchni znalazła się przez całkowity przypadek i to w dosyć nietypowy sposób. Jakiś czas temu znajoma mojej teściowej dała mi 2 własnoręcznie wyhodowane cukinie do leczo. Co prawda owoce, które mi dała średnio cukinię przypominały, ale ponieważ:
  1. ona twierdziła, że to taka odmiana,
  2. ja się na jarzynach, szczególnie hodowanych na działkach nie znam
stwierdziłam, że kobieta na pewno ma rację. Z całą pewnością była bardziej doświadczona. Cukinie przeleżały jakiś czas na stoliku, aż pewnego pięknego przedpołudnia zabrałam się do gotowania. Podsmażyłam mięsko, pokroiłam i poddusiłam paprykę i nadszedł czas na gościa honorowego mojego dania. Po rozkrojeniu zielonego, okrągłego cudaka byłam już pewna, że z cukinią ma on niewiele wspólnego, a po bliższych oględzinach i wydłubaniu pestek byłam już w 100% pewna, że oto leży przede mną mała, zielona dynia. Dynia, która jak wiadomo do leczo się nie nadaje, w związku z czym moje węgierskie danie było dosyć ubogie.
No i tu powstał problem: co ja pocznę z dwoma, na szczęście niewielkimi, dyniami, których nigdy w życiu do niczego nie używałam. Chwila spędzona w towarzystwie googli, przyniosła mi na szczęście odpowiedź na to pytanie i tak oto powstał wielki słoik z konfiturą. Pozwolę tu sobie podać przepis wg którego ją usmażyłam. Przepis pochodzi stąd, teraz dopiero zauważyłam, że to czyjś blog, mam nadzieję, że autorka się nie obrazi. Ale do rzeczy:

"Konfitura z dyni
1kg dyni
1kg cukru/ja użyłam ½ kg/
1 cytryna
1 pomarańcza

Dynię obrać ze skóry, odkroić miękki miąższ, pokroić na mniejsze kawałki, zalać małą ilością wody(pół szklanki) i pod przykryciem rozgotować. Dodać cukier, skórkę otarta z wyparzonej cytryny oraz otarta skórkę pomarańczy. Pod koniec smażenia, kiedy konfitura zacznie gęstnieć, dodać sok cytrynowy i pomarańczowy. Smażyć jeszcze 10 minut i rozłożyć do wyparzonych słoików. Pasteryzować 15-20 minut. Smacznego!"

Serdecznie polecam ten przepis. Ja zajadałam się tą "cukinią". Jadłam ją samą, smarowałam omlety, naleśniki, a na końcu upiekłam rogaliki. Co prawda już się skończyła, ale w tym tygodniu na pewno zrobię sobie zapas na zimę :)

I jeszcze składniki na pyszne ciasto drożdżowe:

Ciasto drożdżowe:


50 g drożdży
szklanka ciepłego(nie gorącego)mleka
1 kg mąki
6 łyżek cukru
3 jajka
3/4 szkl oleju
jajko do posmarowania rogalików

Upieczone przeze mnie rogaliki wyglądają tak:


Zniknęły w oka mgnieniu, chociaż było ich całkiem sporo. Kolega mojego męża prosił bym nauczyła go piec takie rogaliki. Myślę, że kiedy dojdzie to do skutku, może być całkiem przyjemnym tematem kolejnego posta ;)


piątek, 23 września 2011

Pierwsze koty za płoty

Mój pierwszy post na moim pierwszym w życiu blogu, chociaż wiosenek u mnie już 20 z dużym hakiem :)

Do założenia bloga namówiła mnie inna zapalona blogerka. Myśl ta kiełkowała dosyć długo w mojej głowie, aż w końcu z wrodzonego lenistwa postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze blog ten ma być moim pamiętnikiem, gdzie będę opisywała to kim aktualnie jestem. A nie będę ukrywać, że aktualnie jestem przede wszystkim matką. Matką 5-cio miesięcznego Gucia (nazwa robocza ;) ). Po drugie będę tu sukcesywnie zamieszczać przepisy kulinarne. Przepisy te pochodzą z bardzo starego zeszytu w granatowej oprawie, który aktualnie można raczej by nazwać zbiorem wielu luźnych, pożółkłych kartek. Zeszyt ten odziedziczyłam po babci i obiecałam mojej mamie, spisać go w formie elektronicznej, dopóki jest jeszcze czytelny. Początkowo wymyśliłam sobie, że napiszę prostą stronkę i zamieszczę ją gdzieś w sieci. Jednak skoro już myśl o blogu kołatała w mojej głowie postanowiłam zrobić to tu.

Zatem zapraszam do czytania, a być może i praktycznego wykorzystania :)