Tytuł posta to jednocześnie tytuł ostatnio przeczytanej przeze mnie książki. Pierwszy raz z tematem nauki małych dzieci czytania globalnego zetknęłam się będąc jeszcze w ciąży. Poszperałam w internecie, poczytałam i odłożyłam sprawę "na później". Kiedy nadeszło owo później ochoczo zabrałam się do własnoręcznego robienia materiałów. Niestety z racji, że jestem dość leniwa, a wypisywanie tylu dziesiątków wyrazów jest zajęciem dość żmudnym, zapał mój szybko minął. Szczególnie, że nie mogłam w tej kwestii liczyć na pomoc Paskuda, który do kwestii podszedł dość sceptycznie i patrzył na mnie z pewnym politowaniem w oczach. I znów sprawa utknęła w miejscu razem z kilkunastoma gotowymi kartami. Po kolejnych kilku tygodniach znów poszperałam w necie i znalazłam to czego szukałam, czyli gotowce :) a przy okazji wyszperałam oprócz samych zasad i reguł metody całą książkę, która niestety nie jest już dostępna w sprzedaży. Tu moja leniwa dusza uradowała się bardzo, a po kilku dniach miałam w domu piękny, nowiutki zestaw do rozpoczęcia nauki. Tym oto sposobem równo od tygodnia bawimy się z Guciem w słowa.
Teraz pewnie większość z Was zastanowi się ile Gucio ma miesięcy i popuka się w czoło. No cóż Gucio ma 6,5 miesiąca i wg autora książki naszą zabawę rozpoczęliśmy o 6,5 miesiąca za późno. Lepiej późno niż wcale ;) Nie będę się tu rozpisywać na temat wszystkich szczegółów, zasad itp. Całkiem sporo informacji na ten temat można znaleźć w sieci. Ja znalazłam artykuły, fora gdzie matki uczące swoje dzieci czytać wymieniają się opiniami, filmiki ilustrujące proces nauki a także jej efekty. Kilka z tych filmików pokazałam wczoraj Paskudowi. Widziałam, że zrobiły na nim spore wrażenie. A dziś ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, kiedy jak zwykle po powrocie z pracy poszedł bawić się z Guciem, wziął ze sobą karty do czytania. My na efekty będziemy musieli jeszcze pewnie długo poczekać. Chociaż z drugiej strony to duży plus, gdyż generalną zasadą tej metody nauczania jest zakaz jakiegokolwiek sprawdzania, egzaminowania czy testowania. Raczej ciężko nam będzie przeegzaminować kilkumiesięczne niemowlę z umiejętności czytania :)
Nie wiem czy ta metoda faktycznie pozwoli mojemu dziecku nauczyć się czytać, czy lepiej będzie radziło sobie w szkole i czy zostanie małym geniuszem. Nie o to mi chodzi. Na pewno pobudzi to jego mózg do lepszego rozwoju (wiadomo im więcej bodźców, tym więcej połączeń nerwowych i sprawniejsze funkcjonowanie), rozbudzi jego ciekawość świata, w większym stopniu rozwinie zdolności językowe. A przede wszystkim jest to kolejne zajęcie, dzięki któremu spędzamy czas RAZEM na fajnej zabawie, no bo skoro niemowlak potrafi się skupić na tym co robimy i uśmiecha się do mnie to pewnie jest to dla niego fajna zabawa. Jedyne co mamy do stracenia to, że ta zabawa nie przyniesie, żadnych efektów, ale jeśli nie spróbujemy, to tych efektów także nie będzie, zatem jak dla mnie rachunek jest prosty.
Na razie zaczęliśmy od nazywania najbliższych nam rzeczy. Co jakiś czas pewnie będę tu napomykać o naszych postępach. Aż sama jestem ciekawa co z tego wyjdzie :)
Na jutro zaplanowałam pieczenie croissantów, które uwielbiam, a których jeszcze nigdy samodzielnie nie robiłam. Aż mi ślinka cieknie na myśl o cieplutkich jeszcze rogalikach. Jeśli wyjdzie z tego coś co będzie miało więcej zastosowań niż tylko ciśnięcie tym do śmieci zamieszczę krótką relację i przepis.
Teraz pewnie większość z Was zastanowi się ile Gucio ma miesięcy i popuka się w czoło. No cóż Gucio ma 6,5 miesiąca i wg autora książki naszą zabawę rozpoczęliśmy o 6,5 miesiąca za późno. Lepiej późno niż wcale ;) Nie będę się tu rozpisywać na temat wszystkich szczegółów, zasad itp. Całkiem sporo informacji na ten temat można znaleźć w sieci. Ja znalazłam artykuły, fora gdzie matki uczące swoje dzieci czytać wymieniają się opiniami, filmiki ilustrujące proces nauki a także jej efekty. Kilka z tych filmików pokazałam wczoraj Paskudowi. Widziałam, że zrobiły na nim spore wrażenie. A dziś ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, kiedy jak zwykle po powrocie z pracy poszedł bawić się z Guciem, wziął ze sobą karty do czytania. My na efekty będziemy musieli jeszcze pewnie długo poczekać. Chociaż z drugiej strony to duży plus, gdyż generalną zasadą tej metody nauczania jest zakaz jakiegokolwiek sprawdzania, egzaminowania czy testowania. Raczej ciężko nam będzie przeegzaminować kilkumiesięczne niemowlę z umiejętności czytania :)
Nie wiem czy ta metoda faktycznie pozwoli mojemu dziecku nauczyć się czytać, czy lepiej będzie radziło sobie w szkole i czy zostanie małym geniuszem. Nie o to mi chodzi. Na pewno pobudzi to jego mózg do lepszego rozwoju (wiadomo im więcej bodźców, tym więcej połączeń nerwowych i sprawniejsze funkcjonowanie), rozbudzi jego ciekawość świata, w większym stopniu rozwinie zdolności językowe. A przede wszystkim jest to kolejne zajęcie, dzięki któremu spędzamy czas RAZEM na fajnej zabawie, no bo skoro niemowlak potrafi się skupić na tym co robimy i uśmiecha się do mnie to pewnie jest to dla niego fajna zabawa. Jedyne co mamy do stracenia to, że ta zabawa nie przyniesie, żadnych efektów, ale jeśli nie spróbujemy, to tych efektów także nie będzie, zatem jak dla mnie rachunek jest prosty.
Na razie zaczęliśmy od nazywania najbliższych nam rzeczy. Co jakiś czas pewnie będę tu napomykać o naszych postępach. Aż sama jestem ciekawa co z tego wyjdzie :)
Na jutro zaplanowałam pieczenie croissantów, które uwielbiam, a których jeszcze nigdy samodzielnie nie robiłam. Aż mi ślinka cieknie na myśl o cieplutkich jeszcze rogalikach. Jeśli wyjdzie z tego coś co będzie miało więcej zastosowań niż tylko ciśnięcie tym do śmieci zamieszczę krótką relację i przepis.
tematyka póki co bardzo mi daleka i nawet o czymś podobnym nie słyszałam :)) ale życzę Wam oczywiście powodzenia i efektów :)))
OdpowiedzUsuńDziękujemy :)
OdpowiedzUsuńZ moich znajomych też raczej nikt nie słyszał. A z tego co zdążyłam wyszperać, to nawet jak ktoś słyszał, to większość podchodzi sceptycznie i na samym słyszeniu się kończy. My będziemy próbowali dopóki któreś z nas nie zacznie się nudzić.
wow ! Stonka no ale się rozwijasz blogowo !!! widzę suwaczki dałaś radę wkleić no jestem w szoku :))) fajnie :)))
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńMnie też się bardzo, bardzo podoba!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńŚwietny pomysł! Będę częstym gościem.
Polly - suwaczki to nie jakiś wielki problem jak się okazało, a teraz jest bardziej swojsko :) A tak na marginesie bezczelnie zerżnę Twój sposób odp na komentarze
OdpowiedzUsuńAnna - dziękuję i zapraszam :)
ależ zżynaj ile wlezie bo tak jest wygodniej :)))
OdpowiedzUsuńA suwaczki na blogspocie to pryszczyk ale spróbowałabyś je wkleić na onetowym blogu ... to już była wyższa szkoła jazdy bo trzeba było wiedzieć jaki kawałek kodu skopiować ;D