Lilypie First Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

piątek, 28 października 2011

Mały pacjent

Nareszcie piątek wieczór. Tak się nieszczęśliwie w tym tygodniu poskładało, że codziennie od poniedziałku do piątku chodziliśmy z Guciem a to do lekarza, a to na badania, a to rehabilitacja. Codziennie coś. Gucio ma 6,5 m-ca i jak do tej pory nie miał wprowadzonego żadnego "normalnego" jedzenia, a od ponad miesiąca je już tylko mieszankę. W związku z tym nasza pani pediatra zleciła morfologię i oznaczenie poziomu żelaza. W środę pierwszy raz w życiu mały miał pobieraną krew. Ponieważ do badania żelaza potrzebna jest dosyć duża próbka, biedne małe paluszki były kłute aż 3 razy. Okazało się jednak, że to mama zdecydowanie bardziej przeżywała wizytę w punkcie pobrań. Mój dzielny mały chłopak ani raz się nawet nie zająknął, tylko ze stoickim spokojem obserwował jak miła pani napełnia kolejne kapilarki. Co prawda przy ostatniej zaczął się nudzić i wiercić ze znudzenia, no ale przecież ileż można. Zuch chłopak :) Wyniki odebraliśmy w ten sam dzień i tak jak podejrzewała nasza pediatra obniżony poziom żelaza i hemoglobiny. Będzie potrzebna pewnie jakaś suplementacja.

Dziś z kolei byliśmy u alergologa. Jak zwykle to bywa przed wizytą nastąpiło zaognienie i dostaliśmy znów steryd :( Pocieszające jest tylko to, że nawet w przypadku mocnych zaognień nie są one aż tak silne jak to było gdy Gucio miał 2-3 miesiące. Ogólnie jest znacznie lepiej niż kiedyś, ale jakoś nie możemy wyłapać wszystkich alergenów. Na wiadomość o poprawie stanu skóry podczas wyjazdu lekarka stwierdziła, że w takim razie winna jest najprawdopodobniej woda lub powietrze. Tiaaa. To nas pocieszyła. Na szczęście pozwoliła już rozszerzać dietę. Na razie kaszka do mleka, a później jarzyny. Oczywiście bardzo ostrożnie i jeszcze bardziej powoli. Ale to już coś :) Powoli zaczynamy rozglądać się za królikami na mięsko. Jeśli ktoś ma na zbyciu niech da znać ;)

Choroba Gucia dała nam się już we znaki. Najgorsze jest to jak przy każdym rozebraniu moje biedactwo drapie się po całym ciałku, bardzo często do krwi. Nic nie jest w stanie wtedy odwrócić jego uwagi, jest tak zapalczywy w drapaniu, jak gdyby był to najważniejszy cel jego malutkiego życia. Aż płakać się wtedy chce, bo nie mogę mu pomóc. Cały czas pocieszam się tylko myślą, że może za kilka miesięcy, może za kilka lat, ale przecież w końcu najprawdopodobniej samo przejdzie. Musi.

PS Nie wiem co z tymi czcionkami. W edycji i na podglądzie wszystko jest napisane jedną czcionką a tu wyświetla 2 różne. Echhh Jak dojdę co i jak, poprawię

niedziela, 23 października 2011

Bananowiec na biszkopcie

Jak pisałam w poprzednim poście tym razem przepis na pyszny bananowiec. Ciasto bardzo dobre na ciepłe dni, ale i o tej porze roku nie pogardzę ;)

Składniki:
pół kostki masła
1 kostka margaryny
1 szkl (niepełna) cukru pudru + 5 łyżek do białek
3-4 żółtka
galaretki: 2 cytrynowe, 1 wiśniowa, 1 agrestowa
4 banany

Przygotowanie:
  1. Masło, cukier puder i żółtka zmiksować na puszystą masę.
  2. Dodać rozdrobnione banany - zmiksować.
  3. Dodać wystudzoną, gęstniejącą galaretkę cytrynową, rozpuszczoną w 1 i 1/2 szkl wody - zmiksować.
  4. Wyłożyć masę na biszkopt.
  5. Ubić białka z 5 łyżkami cukru pudru.
  6. Dodać galaretkę wiśniową rozpuszczoną w 1 szkl wody - zmiksować.
  7. Wyłożyć na masę bananową.
  8. Pokryć galaretką agrestową, można wcześniej wyłożyć pokrojonymi bananami lub innymi owocami wg uznania :)
Składniki na biszkopt:
pół szkl mąki pszennej
pół szkl mąki ziemniaczanej
4 jaja
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 szkl cukru

Przygotowanie:
  1. Ubić białka na bardzo sztywną pianę.
  2. Pod koniec ubijania dodać cukier.
  3. Dodać przesianą mąkę, żółtka, sodę.
  4. Dokładnie wymieszać.
  5. Piec w 180 st

Smacznego!

Powrót

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. We wtorek wróciliśmy do domu po tygodniowym urlopie na południu. Spotkanie z rodziną i starymi znajomymi podziałało na mnie bardzo dobrze. Odpoczęłam sobie. Codziennie odwiedzał nas ktoś lub my byliśmy w gościach. Do południa, po południu, cały czas z kimś, tak jak lubię. A teraz znów niestety szara rzeczywistość. Do tego moje dziecko przez ten tydzień nauczyło się być w centrum zainteresowania co teraz niestety bez przerwy odczuwam. Do tej pory kilkumiesięczny niemowlak potrafił zająć się sam sobą przez dosyć długi czas, a teraz 5 min bez mamy nie wytrzyma. Ot taki towarzyski się nagle zrobił :) Ale co się wybawił i poszalał z dziadkiem to jego. A i dziadkowi spotkanie z wnukiem posłużyło. Mimo nostalgii jaka ogarnęła mnie po powrocie wyjazd zaliczam do jak najbardziej udanych. No ale powroty do domu nawet na krótką chwilę muszą być przecież udane, w przeciwnym razie przestałby to być mój dom.

Gucio obłowił się pod względem ubraniowo-zabawkowym. Został wycałowany, wypieszczony i wygłaskany na wszelkie możliwe sposoby przez tabun ciotek i wujków. Mam nadzieję, że jego emocje związane z wyjazdem wreszcie się wyciszą i wszystko wróci do normalności. W drugą noc po powrocie obudził się o 23 do karmienia, po czym stwierdził, że dla niego nadszedł nowy dzień i całą noc domagał się zabawy i zainteresowania. Za to kolejny dzień w większości przespał :)

A teraz największa niespodzianka tego wyjazdu. Pisałam o tym we wcześniejszym poście, ale nie do końca w to wierzyłam. Na miejscu byliśmy we wtorek, a w czwartek czyli po 2 dniach moje dziecko wyglądało prawie tak, jakby nigdy nie miało AZS. Wszelkie zaczerwienia i krostki poschodziły. Tylko w miejscach najbardziej zaognionych pozostały niewielkie zmiany. Tym bardziej dziwi taka reakcja skóry, że mój tata jest osobą palącą i chociaż podczas naszego pobytu nie palił w mieszkaniu, to jednak całkowite wywietrzenie domu palacza jest bardzo trudne. Nasze mieszkanie jest przystosowane dla dziecka z AZS. Brak w nim firan, dywanów, wszelkie rzeczy, które łapią kurz zostały u nas ograniczone do minimum. U taty oczywiście mieszkanie jest jak najbardziej "normalnie" urządzone, a więc i ilość potencjalnych alergenów jest większa. A tu taka niespodzianka. Będę musiała przedyskutować tę kwestię z naszą panią alergolog, bo niestety powoli stan skóry Gucia się pogarsza. W nadchodzącym tygodniu mamy wizyty u 3 lekarzy, szkoda, że alergologa dopiero w piątek.

Dziś miałam zapowiedzianą wizytę teściów, która jednak nie doszła do skutku. Ale za to została mi cała blacha upieczonego wczoraj bananowca :) Przepis w kolejnym poście. Ciasto co prawda raczej na lato, niemniej pycha. Polecam!

czwartek, 6 października 2011

Rafaello bez pieczenia

Dziś przepis na przepyszne rafaello, które dzięki temu, że nie wymaga pieczenia zawsze się udaje i naprawdę trzeba by bardzo się postarać, ażeby coś w nim zepsuć.

Składniki:
3-4 duże paczki herbatników
3 żółtka
3 łyżeczki mąki ziemniaczanej
3 łyżki mąki pszennej
1 szklanka cukru
3 szklanki mleka
2 duże cukry waniliowe
30 dkg wiórek kokosowych
1,5 kostki masła

Wykonanie:
Dwie szklanki mleka zagotować z cukrem, cukrem waniliowym i 10 dkg wiórek kokosowych. Zmiksować 1 szklankę mleka, 3 żółtka oraz obydwie mąki. Całość wlać do gotującego się mleka i chwilę potrzymać na ogniu aż powstanie budyń.
Budyń wystudzić.
Masło zmiksować, dodać 10 dkg wiórek kokosowych i po łyżce budyniu.
Układać na przemian warstwami: herbatniki - krem - herbatniki - krem - herbatniki - krem (3 warstwy).
Na ostatniej warstwie kremu wysypać 10 dkg wiórek , dokładnie uklepać ręką (czystą :) )i wstawić do lodówki.

Jak widać przepis jest banalnie prosty, a gotowe ciasto jest pyszne. Polecam szczególnie tym zabieganym, którzy nie dysponują zbyt wielką ilością wolnego czasu, za to chętnie podjadają coś słodkiego do kawy.

A z innych wieści to niestety zawitało do naszego domu przeziębienie. A raczej zostało przywleczone przez Paskuda (uroki pracy z ludźmi). Na szczęście Gucio załapał tylko katar, ale to wystarczyło, żeby zafundować mamie bezsenną noc (tata nas pozarażał i
sprytnie udał się w delegację, ot taki jego urok :) ). Na szczęście kryzys już minął. Jutro wybieramy się do naszej pani doktor po recepty na Nutramigen, więc oglądnie młodego. Mam nadzieję, że nic nie wypatrzy i planowany od dłuższego czasu wyjazd do mojego rodzinnego miasta dojdzie do skutku. Już nie mogę się doczekać. Będzie to pierwsza nasza tak długa (prawie 600 km) podróż z Guciem. Na szczęście podobno w tym wieku dzieci większość drogi przesypiają. Żeby tylko to wstrętne katarzysko nas opuściło.
Podobno zmiana klimatu może korzystnie wpłynąć na stan skóry chorych na AZS. Wszystko co może przynieść chociaż chwilową ulgę warte jest przetestowania. Zatem pojedziemy, będziemy testować, a ja przy okazji poodwiedzam stare kąty i starych znajomych, u których nastąpił prawdziwy baby-boom. Zatem południe nadchodzę! :)


poniedziałek, 3 października 2011

Rogaliki c.d.

W miniony weekend odwiedziliśmy kolegę, który pragnął nauczyć się piec rogaliki. Wbrew moim obawom jego deklaracje chęci nauki były jak najbardziej szczere. Muszę przyznać, że wypieki udały się bardzo dobrze pod względem smakowym, trochę mniej pod względem wizualnym ;) Już po zapełnieniu pierwszej blachy kształtnymi rogalami, znajomemu odechciało się żmudne zwijanie i wprowadził radosną twórczość własną. Przynajmniej zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami było bardzo wesoło :) Szczególnie, że męska część zebranego towarzystwa oczekiwanie na wyrośnięcie ciasta postanowiła umilić sobie degustacją pochodzącego z południowej Polski regionalnego napoju wysoce wyskokowego.

Tak z innej beczki, bo miał to być też pamiętnik mojego synka. W ubiegłym tygodniu zakończyliśmy serię szczepień podstawowych. Następne przed nami dopiero za 7 miesięcy.
Gucio ma prawie 6 miesięcy i bardzo sprawnie umie się przewrócić z pleców na brzuszek, co robi z uporem maniaka. Równie uparcie odmawia przewracania się w drugą stronę, co skutkuje tym, że średnio co 5 min rozlega się bardzo donośne wołanie o pomoc. Mam nadzieję, że już niedługo sam załapie ten karkołomny wyczyn :)
Niestety atopowe zapalenie skóry znów dało o sobie znać po sobotnich odwiedzinach. Ciągłe natłuszczanie, nawilżanie, natłuszczanie i tak w kółko a końca nie widać. Poprawy też nie. Jedyna nadzieja w fakcie, że jak twierdzi nasza pani alergolog jedynie 2% dzieci z tego nie wyrasta. Mocno trzymamy kciuki za to, że my jednak pod tym względem będziemy jak najbardziej przeciętni i załapiemy się do tej 98% grupy. Kolejna wizyta u alergologa pod koniec października. Mam nadzieję, że będziemy mogli już wtedy zacząć wprowadzać jakieś inne jedzonko poza mieszanką. Już nie mogę się doczekać.

Na koniec zdjęcie mojego niedzielnego wypieku. Chleb piekę już od maja. Od tamtego czasu właściwie nie kupiliśmy pieczywa. Ale dopiero teraz powoli dochodzę do wprawy i mój chleb wychodzi tak jak powinien. Pachnący, z miękką, chrupiącą skórką. Każdemu polecam chociaż spróbować wypiec własny chleb. Nie jest to wielka sztuka, wbrew powszechnej opinii, a satysfakcja ogromna kiedy patrzę jak kolejne kromki znikają, zanim chleb zdąży wystygnąć. Przepisy, receptury i całą recepturę wypieku chleba znalazłam na tej stronie.