Lilypie First Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

czwartek, 28 czerwca 2012

11 pytań

Wczoraj u Polly trafiłam na zabawę blogową. Trzeba odpowiedzieć na zzadanych przez innego blogowicza 11 pytań i wytypować 11 kolejnych osób do zabawy. Ja nie zostałam wytypowana, zatem typuję się sama :) W związku z tym roszczę sobie prawo do lekkiej modyfikacji ;) Odpowiem na 33 pytania (2 zestawy, ktore dostała Polly + jeden wymyślony przez nią) - taka jestem masochistka, a co! Nikogo nie będę typować, nie będę wymyślać kolejnych pytań, bo chyba nawet 11 osob nie wchodzi na tego bloga, nie mówiąc już o tym by miały swoje blogi. Wiem o kilku cichych czytaczach, ktorzy tu zaglądają, ale nie mają oni wlasnych blogów, więc jeśli będą miały ochotę to się udzielą i zabawią w komentarzach.

A oto pytania:
1. Góry czy morze ?
Morze! Zdecydowanie. Pewnie dlatego, że z gor pochodzę i morza zawsze mi brakowało, a gór miałam przesyt. Teraz tu na nizinach zaczynam czuć sentyment do moich gorzystych terenów, jednak mimo wszystko morze wygrywa.

2. Komedia czy dramat ?
Komedia wygrywa. Ale dobrym dramatem też nie pogardzę, byle nie za często.

3. Czarne czy czerwone ?
Czarne.

4. Szklanka w połowie pusta czy w połowie pełna ?
Staram się by była w połowie pełna i chyba ostatnio coraz lepiej mi to wychodzi.

5. Wino czy piwo ?
Wino, wino, po trzykroć wino.

6. Włosy długie czy krótkie ?
Długie. Chociaż ja niestety mam od jakiegoś czasu krótkie. Moje nie nadają sie do długich fryzur. Mam wybitnie cienkie włosy.

7. Masło czy margaryna ?
Masło. O niebo lepsze od margaryny. A i wcale nie jest bardziej niezdrowe. Margaryna pojawiła się jako zdrowy odpowiednik masła, ale jak się okazuje utwardzone tłuszcze roślinne (tzw. trans) są kancerogenne, a margaryna zawiera ich sporo. Zatem jej nieszkodliwość staje pod znakiem zapytania. A jak się truć to przynajmniej smacznie :)

8. Kawa czarna czy biała ?
Czarna. Zawsze.

9. Róża czy tulipan ?
Tulipan. Róże są przereklamowane ;P

10. Kanapa czy spacer ?
To zależy. Ale chyba jednak z przewagą na kanapę. Niestety.

11. Blondyn czy brunet ?
Nie ma znaczenia. Teraz jest brunet, kiedyś był blondyn.

I drugi zestawik:

1. Utożsamiasz się z sercem czy rozumem ? ( oczywiście mam na myśli psychologiczne typy z reklamy TP )
Rozum.

2. Sukienka czy spódnica ?
Jedno i drugie.  Kiedyś były tylko spodnie, a teraz najczęściej noszę sukienki, chociaż i spódniczką nie pogardzę.

3. Poezja czy proza ?
Proza. Nie przepadam za poezją.

4. Late cafe czy fusiara, siekiera, parzona  ?
Żadna. Kawy z mlekiem nie pijam, a fusiarę zawsze odchoruję. Mój ideał to rozpuszczalna, czarna, gorzka.

5. Facebook czy blog ?
Blog. Facebook'a brak.

6. Chłopak z sąsiedztwa czy twardy macho ?
Zdecydowanie chłopak z sąsiedztwa. Jakoś typ macho nigdy mi nie odpowiadał.

7. W słońcu czy w cieniu ?
W słońcu, im cieplej tym lepiej. W cieniu zawsze marznę, nawet jeśli temp jest wy

8. Paznokcie krwisto czerwone czy pastelowe ?
Krwisto czerwone.

9. Wakacje w stylu zwiedzanie czy plażowanie ?
I tak i tak, z przewagą zwiedzania. Najpierw 2-3 dni totalnego lenistwa i opierdzielania, a później zwiedzanie bliższej i dalszej okolicy.

10. Prysznic czy wanna ?
Kocham kąpiele, ale ze względów praktycznych wybieram prysznic. Kąpiel w moim wykonaniu w wannie trwa zdecydowanie zbyt dlugo, a ja tracę poczucie czasu. Marzy mi się, że kiedyś będę miała na tyle dużą łazienkę, ze zmieszczę i jedno i drugie.

11. Spaghetti czy ruskie ?
Spaghetti.

A teraz trzeci i ostatni zestaw pytań wypocony, przez wspomnianą już kilkakrotnie Polly:

1.      Czy lubisz swoje imię ?
Tak. Proste, tradycyjne. Swego czasu bardzo popularne.

     2.      Jaki jest Twój znak zodiaku ?
Baran.

     3.      Czy uważasz, że Twój znak zodiaku do Ciebie pasuje ?? uzasadnij
Raczej tak. Jestem uparta jak barany.
     4.      Jakiej lektury najbardziej nie lubiłaś ?
Pamiętam taką lekturę z podstawówki "Karolcia" w tamtym okresie pochłaniałam każdą książkę, która wpadła mi w ręcę, a jednak tej nie mogłam strawić. Coś o blednącym koraliku to było. Musialo wywrzeć na mnie bardzo negatywne wrażenie, bo do tej pory pamiętam. 
     5.      Jakiej lektury/lektur nie przeczytałaś ?
Wielu lektur z liceum nie przeczytalam, ale niektóre z nich nadrabiałam po czasie. To chyba byla czysta przekora, bo czytać lubię do tej pory. 
     6.      Czy chodziłaś na wagary ?
Tak.
     7.      Czy byłaś kujonem czy raczej wręcz odwrotnie ?
Zależy co rozumieć pod pojęciem kujona. W podstawowce uczylam się bardzo dobrze, a później piątki miałam z przedmiotów, ktore mnie interesowaly (biol, chem, mat). Ale raczej nigdy nie zakuwalam po nocach, raczej zdobywanie wiedzy nigdy nie przychodziło mi zbyt ciężko.

     8.      Czy miałaś świadectwo z paskiem ? 
Tylko w podstawówce (co roku).
     9.      Czy wolisz mówić zawsze szczerą prawdę czy czasem stworzyć małe kłamstewko „dla dobra sprawy” ?
Nieraz zdarza mi się operować białym kłamstwem. I nie uważam tego za coś złego. 
     10.  Wolisz spodnie czy spódnice ?
Spódnice. 
     11.  Co wchodzi w skład Twojego codziennego makijażu ?  
Na co dzień się nie maluję w ogóle. Staram się mieć zrobioną hennę, bo jestem bardzo jasną blondynką, ale nieraz mi się zdarza, że kilka miesięcy nie robię. Nawet na wielkie wyjścia jestem oszczędna z makijażem, troche fluidu, tusz, cień, błyszczyk. Zawsze byłam zdania, że skoro nie umiem się porządnie umalować lepiej nie robić tego w ogóle.

No i to tyle pytań. Nie bylo tak strasznie :) Może ktoś się dowie o mnie czegoś, czego do tej pory nie wiedział. A jak ktos ma ochotę to zapraszam do zabawy w komentarzach.

A na sam koniec. Brawa dla Włochów!!! A to się niespodzianka szykuje. Nie chcę zapeszać, bo jeszcze ponad 20 min zostało, ale mam nadzieję, że wynik się już nie zmieni.

wtorek, 26 czerwca 2012

Nadrabiam zaległości

Ostatni post pisany niemal miesiąc temu zatytułowany letnio i pracująco, a teraz chociaz prawdziwe lato już nadeszło pogoda wybitnie nie letnia. U nas od tygodnia niemal codziennie pada i jest zimno :(

Za to z pozytywnych wieści spieszę donieść, że nadal pracuję, nic się jeszcze nie zawaliło, nie spaliło ani nie uległo innej formie destrukcji. Jak na dzień dzisiejszy jestem zadowolona z mojej nowej pracy. Oczywiście nie pracuję zgodnie z moim wykształceniem, ale ja nigdy nie pracowałam "w zawodzie" i szczerze powiedziawszy już pod koniec studiów wiedziałam, że raczej będę musiała szukać zatrudnienia gdzie indziej. Praca jak na razie jest ciekawa, wydaje się, że wbrew pozorom może być rozwojowa i co dla mnie najważniejsze, nie robię codziennie tego samego (co najbardziej dobijało mnie w poprzedniej pracy). Oczywiście jak na razie jestem totalnie zielona w temacie i wszystkiego się uczę, ale to w sumie zupełnie dla mnie nowa branża. I jeszcze jedna rzecz mnie cieszy, mianowicie bezpośrednio współpracuję z osobą, która hołduje jak sama to nazywa "zachodniemu stylowi pracy", w związku z czym mam (oczywiście w miarę możliwości) elastyczny czas pracy, co przy malym dziecku jest bardzo ważne i myślę, że nieraz będę z tego korzystać, przy okazji naszych częstych wizyt u lekarzy z Guciem. I tym oto zgrabnym nawiązaniem sprytnie przechodzę znów do wieści pesymistycznych, a mianowicie na tapecie pojawi się temat Guciowo-lekarzowo-alergiczny.

Jakiś czas temu (miesiąc!!!) Gucio miał pobraną krew na zrobienie miana przeciwciał na panel pokarmowy. Kilka dni temu (!!!) odebraliśmy wyniki. (Wyjaśnienie wykrzykników - na wyniki czekaliśmy miesiąc, a to i tak krótko, bo kierowniczka laboratorium jest koleżanką mojej teściowej i kiedy dowiedziała się dla kogo badania to zrobiła natychmiast, czyli na drugi dzień - bo przecież alergikom nie jest potrzebna wiedza na co są uczuleni, niech czekają i żywią się ryżem z marchewką). Dzielny chłopak nawet się nie zająknął przy pobieraniu krwi, a stały nad nim aż trzy pielęgniarki i szukały żył, w koncu wypatrzyły jakąś na stópce.
Po odebraniu wyników okazało się że Gucio jest uczulony na 6 produktów z 20 oznaczonych przeciwciał: mleko, żółtko, białko jaja, pszenica, żyto, orzech laskowy. Swoją drogą ciekawa jestem, kto dobiera produkty do takiego oznaczenia, bo nie było w tym zestawieniu np glutenu (który często nie jest tolerowany przez małe dzieci) za to były np krewetki (kto karmi roczne dziecko krewetkami??). Ale już przestaję marudzić, na naszą służbę zdrowia, najważniejsze, że już coś wiemy. Szkoda tylko, ze wiedza ta nie nastraja nas jakoś szczególnie optymistycznie, bo po wykluczeniu tego o czym wiemy, że uczula zostaje nam naprawdę niewiele i codziennie prawie Gucio je to samo. Na razie na szczęście nie narzeka. 
Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszlości uda nam się wybadać coś więcej niż te 20 produktów, ale niestety sezon urlopowy w pełni i nasza lekarka będzie dopiero w sierpniu.
Zostając jeszcze w temacie Gucia, to strasznie się chłopak rozgadał ostatnimi czasy. Gada oczywiście w sobie tylko znanym języku, ale przy tym tak żywo gestykuluje i robi miny, że zazwyczaj i tak wiadomo o co mu chodzi. Nieraz kiedy tak na niego patrzę, gdy jest zły i coś mówi, to myślę sobie, ze kiedy w końcu zacznie mówić po ludzku prędko tego pożałuję i wcale nie będę miała ochoty słuchać co ma mi do powiedzenia. Ale na razie napawam się słodką niewiedzą :) 
A no i najważniejsze co dotyczy jeszcze Gucia. Pod nieobecność mamy Guciem zajmują się dziadkowie. Niby wszystko jest w porządku, dziecko zadowolone, ale od kiedy wróciłam do pracy Gucio przespal może 2-3 noce w całości. Prawie codziennie budzi się w nocy, placze, drapie, marudzi, trwa to nieraz godzinę, nieraz dwie. Już czasem nie mam siły, bo on nad ranem zasypia, zazwyczaj tuż przed moim budzikiem :(  Czy dziecko moze tak dlugo przeżywać rozstanie z mamą? Jak długo to moze potrwać? Jeśli to przeczytają jakieś pracujące mamy niech się podzielą swoim doświadczeniem.

Na mnie niestety już pora. Ostatnio chodzę spać z kurami, a i tak ciągle niewyspana. Ale o dziwo w ciągu dnia tryskam dobrym humorem i optymizmem. Jednak dopiero kiedy wróciłam do pracy zauważyłam jak bardzo mi tego brakowało i że raczej nie jestem stworzona do siedzenia z dzieckiem w domu (chociaż było mi bardzo fajnie, to jednak nieraz byłam sfrustrowana i miałam za dużo wolnego czasu na myslenie).

Do usłyszenia. Teraz mam nadzieję szybciej :)

wtorek, 29 maja 2012

Letnio i ... pracująco

Lato, lato, lato wreszcie...
Nie wiem jak gdzie indziej, ale u nas pogoda dopisuje, lato w pełni i my z Guciem korzystamy na całego. Większość czasu spędzamy w parku, na spacerach, w piaskownicy. Normalnie żyć nie umierać. Szkoda tylko, że mi niedługo skończy się ta sielanka :(
Ostatnio weekendy uplywają nam pod znakiem wyjazdów na działkę oraz wycieczek rowerowych. Zakupiliśmy siedzisko i kask dla Gucia i sobie rodzinnie jeździmy. Co prawda liczylam na to, że się młodemu bardziej spodoba jazda na rowerze, ale przynajmniej nie ryczy, więc zawsze mogło być gorzej ;)
 
Ale najpierw o Guciu. Młody śmiga jak Messerschmitt. Jego ulubione  zabawy to wszystko co dotyczy piasku i ostatnio sprzątanie. Ale niestety nie ma się czym za bardzo ekscytować. Gucio bardzo lubi sprzątać, ale według swego własnego bliżej nieokreślonego klucza. Wszystko chowa, niekoniecznie tam gdzie być powinno. I tak ostatnio znalazłam: swoje kapcie na ławie, łopatkę do piasku w szufladzie z pokrywkami, plastikową miskę do ciasta w pralce, komórkę Paskuda w szafce między mąką i kaszą (dobrze, że znalazłam przez przypadek, bo pewnie długo byśmy szukali), mokre ubranie ściągnięte z suszarki upchnięte na półce w komodzie itp wymieniać można by naprawdę długo. Ciekawe kiedy mu ten etap przejdzie, niby to śmieszne, ale gorzej kiedy coś naprawdę jest potrzebne i nie można tego znaleźć.
Pogoda chociaż mnie bardzo cieszy, niestety niekorzystnie wplynęła na wyprysk atopowy Gucia. Znów nastąpilo spore pogorszenie i to tuż przed wizytą u alergologa. Lekarka dała nam skierowanie na badanie IgE swoistego, wiązało się to z pobraniem krwi żylnej (co Gucio zniósł zaskakująco dobrze), niestety na wyniki czeka się do 3 tygodni. 

Od jakiegoś czasu podjęłam się pracy dorywczej na zasadzie zdalnej, stąd moja mniejsza aktywność nie tylko tutaj ale i na innych blogach. Dodatkowo w zeszłym tygodniu byłam na rozmowie w sprawie pracy w jednej z firm w moim mieście. Dziwna to była rozmowa. Byli na niej obecni prezes i technolog, który miałby być moim potencjalnym bezpośrednim przełożonym. Większość czasu podczas tej rozmowy panowie spędzili na żartowaniu między sobą. Niestety w takiej sytuacji nigdy nie wiadomo jak się zachować i na ile człowiek może sobie pozwolić, dlatego rozmowa poszła mi raczej kiepsko. Zresztą mi raczej tego typu rozmowy kiepsko zazwyczaj idą. Dodatkowo usłyszałam, że mam za wysokie kwalifikacje na to stanowisko (?). 
A tu w poniedzialek nastąpiła niespodzianka i otrzymałam telefon, żeby zglosić się po odbiór skierowania na badania. Jestem w trakcie zalatwiania formalności i pewnie od piątku pójdę do pracy. Mieszane mam dosyć uczucia. Z jednej strony cieszę się na myśl, że wyrwę się w koncu z domu, a zdrugiej strony, nie ma co ukrywać, od prawie dwóch lat siedzę sobie w domu, więc ciężko będzie znów się przestawić na poranne wstawanie i codzienne chodzenie do pracy. Muszę jeszcze jak najszybciej skończyć te zobowiązania, których podjęlam się w ramach umowy o dzieło, bo niestety w nowej pracy też będę musiala poświęcić trochę czasu w domu na naukę. Dotychczas nie pracowałam w tej branży, zatem wszystkiego musze sie jakby uczyć od nowa.
 Zatem proszę trzymać kciuki za pracującą Stonkę :)

Do usłyszenia, niedługo zdam relację z pierwszych dni w pracy.


czwartek, 3 maja 2012

...

Tak jak pisałam ostatnio następnego dnia po Guciowych urodzinach wyjechaliśmy na tydzień do mojej rodzinnej miejscowości. Tych kilka dni bardzo szybko zleciało mi na odwiedzaniu starych znajomych i rodziny. Tydzień to zdecydowanie za krótko jak na taki wyjazd. Niestety nie wszystkich zdążyłam odwiedzić. Zanim człowiek zdąży się nacieszyć pobytem na starych śmieciach już trzeba wracać do domu. A następny wyjazd nie wiadomo kiedy, chyba dopiero na Boże Narodzenie, chociaż i wtedy nie wiem czy się uda. 
Podczas wyjazdu zrobiłam kilka spostrzeżeń, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. Na razie siedzę i intensywnie myślę co z tym fantem zrobić. Niby rozwiązanie proste, a jednak strasznie trudne do realizacji.
Po pierwsze mimo, że mieszkam tu na zachodzie już ponad półtora roku, zdecydowanie to na południu czuję się jak w domu. Niby tu wszystko jest ok, mogłabym znaleźć nawet kilka plusów na rzecz mojego obecnego miejsca zamieszkania, a jednak to tam czuję się najlepiej i zdecydowanie nie chciało mi się wracać. Półtora roku, to chyba już wystarczający okres czasu, żeby chociaż zacząć zapuszczać korzenie, a jednak jakoś mnie się ta sztuka nie udaje. Chyba jednak jestem zdecydowanie bardziej sentymentalna niż mi się kiedykolwiek wydawało.
Po drugie moje dziecko to mały dzikus :) Ja wiem, że on do tej pory nie miał zbyt wiele kontaktu z innymi dziećmi, wcale nie wymagam od niego by biegł do każdego z otwartymi ramionami, ale czepianie się moich kolan, za każdym razem gdy do kogoś szliśmy lub ktoś przychodził do nas to już lekka przesada. Mam nadzieję, że teraz kiedy zrobiło się ciepło i większość czasu spędzamy w piaskownicy będzie nieco odważniejszy.


Pisałam już kiedyś, że na wakacje wybieramy się do mojej mamy. Niestety wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Pomimo, że szczęśliwie udało się w dość szybkim tempie załatwić paszporty i wizę dla Gucia, to nagle na przeszkodzie stanął Paskud, któremy się nagle odwidziało i on nie jest pewien. Normalnie czasem ręce opadają na niego i jego pomysły. Ma szczęście, ze jestem cierpliwa i powściągliwa. Do Paskudowego urlopu zostały jeszcze prawie 4 miesiące, wiec mam nadzieję, że jednak uda mi się na niego wpłynąć. To taki typ, który strasznie długo przetwarza i trawi. No ale takiego go sobie wybrałam i takiego go mam :)

Tegoroczną majówkę jak widać spędzamy w domu. Paskud chodzi do pracy we wszystkie pracujące dni, zatem mamy kratkowaną majówkę. Mnie to w sumie jakoś szczególnie nie przeszkadza. Dziś mam dzień luzu i totalnego opierniczania się, bo Paskud wziął Gucia i razem z teściami pojechali na działkę. Ja się dziś na działkę wypięłam i oto mam cały dzień wolnego, właściwie to mi już tylko wieczór został. Ale, że pogoda nie jest jakaś super wymarzona, bo wieje, grzmi co chwila, a rano padało, to bardzo sympatycznie siedziało mi się w domku. Przynajmniej miałam okazję poprzebywać sam na sam z kimś inteligentnym :)

A teraz uwaga uwaga wielkie ogłoszenie. Dwa dni temu czyli 1.05 Gucio postawił swoje 2 samodzielne kroki, a wczoraj przy moim  usilnym dopingu przeszedł samodzielnie całą długość kuchni. Niestety tak się tym faktem podekscytował, że klapnął na tyłek w okolicach drzwi od łazienki. Każdemu się może zdarzyć ;)

U nas zbiera się na burzę, zatem moje chłopaki pewnie niedługo wrócą. Idę pozażywać jeszcze troche błogiego spokoju :)
Udanej resztki długiego weekendu.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Już po urodzinkach

Żyjemy, żyjemy i mamy się bardzo dobrze :) 

Zaległości mam od świąt jeszcze. Nie wiem, kiedy uda mi się to nadrobić. Ostatnio trochę się działo. Najpierw święta, później nasze urodziny, a zaraz po tygodniowy wyjazd, o którym wcześniej nie wspominałam. Chyba będę musiała podzielić wszystko przynajmniej na 2 części.

Zacznijmy od Świąt. Jak już tu kiedyś wspominałam ja nie czuję się specjalnie związana z kościołem, ale w domu rodzinnym obchodziliśmy święta i u ja nadal to robię, choć w moim wydaniu nie mają one specjalnie duchowego charakteru. Natomiast Paskud jest osobą wierzącą w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlatego też Paskud odwiedził kościół zarówno w wielki Czwartek jak i Piątek, podczas gdy ja zostałam w domu. W Wielką Sobotę za to przygotowałam koszyczki (duży dla nas i malutki dla Gucia) i poszliśmy razem do święcenia. Niestety Gucio nie zaszczycił swojego koszyka nawet jednym spojrzeniem, o samodzielnym niesieniu go nie wspominając. 
W Niedzielę Wielkanocną poszliśmy na śniadanie do teściów, zostaliśmy tam też na obiad, więc nie musiałam się specjalnie wysilać jak chodzi o kulinarne przygotowania do pierwszego dnia świąt. Poszliśmy też w trójkę do kościoła, ale jak to zaraz odgadła moja mama, poszłam tylko po to, by nie zostać sam na sam z teściami. Niestety mimo półtorarocznego stażu małżeńskiego nie mogę się przekonać do moich teściów. I to nawet nie chodzi o to, że są źli. Jako teściowie są całkiem w porządku, niestety nie przepadam za moją teściową. Wydaje mi się osobą nieszczerą. Nie mogę się do niej przekonać. No ale niezbyt częste wizyty jestem w stanie zaakceptować, zatem nie jest źle.
W drugi dzień Świąt już po obiedzie poszliśmy do znajomego, który jest ojcem chrzestnym Gucia. Była też siostra znajomego z mężem. Było całkiem miło i sympatycznie. Siostra znajomego i jej mąż poznali się w Irlandii, a on pochodzi z Kielecczyzny i nie wiem dlaczego gdy tylko dowiedział się skąd ja pochodzę uparł się, że jestem góralką, zatem kierpce i ciupaga przez jakiś czas stały się tematem przewodnim. Ja przy każdej możliwej okazji powtarzam, że na terenie Sądecczyzny nie mieszkają górale, ale w niektórych przypadkach to bezcelowe. Zatem napiszę tu czarno na białym: na terenie Sądecczyzny mieszkają Lach Sądeckie stosowny link TUTAJ
Tak więc Święta upłynęły nam całkiem miło i przyjemnie. Ja część z tego co upiekłam na Święta, zamroziłam i wykorzystałam na imprezie urodzinowej Gucia, która odbyła się tydzień później.

Imprezę zorganizowaliśmy w sobotę dzień po faktycznych urodzinach. Zaprosiliśmy tylko kilka osób. Było nas w sumie 8 osób dorosłych i 3 dzieci a i tak nieźle musieliśmy się nakombinować, żeby wszystkich usadzić w jednym pokoju. Wcześniej planowaliśmy grilla, właśnie ze względów lokalowych, ale porzuciliśmy ten pomysł i dobrze, bo pogoda nie dopisała.
Już w piątek rano przyjechał do nas mój tata. Udało mi się go zwabić, tylko dlatego, że powiedziałam, że chciałabym wyjechać z Guciem na tydzień do Sącza, a Paskud nie ma urlopu i tata musi po nas przyjechać, bo sama z małym dzieckiem się w taką podróż nie wybiorę. Na szczęście trochę pomarudził i przyjechał. 
Urodziny minęły całkiem miło, a raczej minęłyby, gdyby nie to, że od rana strasznie bolała mnie głowa, żadne tabletki nie pomagały, a to dziwne, bo ja zazwyczaj nie miewam tego typu problemów. Jedyne o czym myślałam to drzemka. Ale wszystko przygotowaliśmy z Paskudem, był tort, były baloniki, więc nie było tak źle. Jedyna rzecz, która mnie zirytowała, to fakt, że moi teściowie przyszli ponad pół godz wcześniej niż byliśmy umówieni. Mnie strasznie irytują takie rzeczy, bo wiadomo, że człowiek nie jest jeszcze wtedy ani ubrany, ani nie wszystko jest gotowe i zamiast skupić się na tym co jeszcze trzeba zrobić musi zabawiać przedwczesnych gości. Ale ponieważ jak zauważyłam jest to cecha charakterystyczna moich teściów, bo nie pierwszy raz im się to przytrafiło stwierdziłam, nie przejęłam się zbytnio rolą gospodyni i nadal robiłam to co miałam zaplanowane.
Gucio jako solenizant stanął na wysokości zadania, prawie sam zdmuchnął świeczkę tzn zdmuchnął ją moimi ustami, pożarł, aż dwa kawałki tortu i przez połowę imprezy siedział w swoim wysokim krzesełku z nami przy stole, mimo, że chcieliśmy go dać do drugiego pokoju, żeby pobawił się z córkami znajomych. Trzymał fason chłopak :) W końcu dał się przekonać i chodził za dziewczynkami, bawił się z nimi i ogólnie było sympatycznie.
Jeszcze 2 słowa nt tortu. Jak wiadomo Gucio ma AZS i wielu rzeczy nie je, zatem musiałam mu upiec specjalny tort. Upiekłam tort 3-częściowy. Pierwsza to tort kawowy, druga jogurtowo-porzeczkowy, a trzecia część była Guciowa. Było to ciasto upieczone bez jajek imitujące biszkopt (wyglądało bardziej jak ciasto ucierane) i masa budyniowa oczywiście bez mleka i masła. Produkty te zastąpiłam margaryną i Bebilonem Pepti. No i  w masie budyniowej oczywiscie nie mogło zabraknąć uwielbianych przez Gucia bananów. Podejrzewam, że to dzięki nim zjadł aż dwa spore kawałki. Efekt końcowy nie był powalający, ale smakowo całkiem do przyjęcia i myślę, że nawet gdybym nie upiekła takich normalnych części tortu, też byłoby w porządku. A Guciowy tort prezentował się tak:



 Jak widać Guciowi smakowało bardzo :)

c.d.n.

piątek, 6 kwietnia 2012

Przedświątecznie

Przygotowania do świąt uważam za prawie zakończone.
Z porządków przedświątecznych udało mi się odkurzyć i poupychać po kątach zbędne rzeczy. Cały tydzień bilam się z myślami w kwestii mycia okien, bo nie pamiętam kiedy robiłam to ostatnio, ale ponieważ pogoda nie nastrajała do tego typu czynności czuję się usprawiedliwiona :)
Koszyczki ze święconką już przygotowane, jutro tylko powkładam to co noc musi spędzić w lodówce. Koszyczek Gucia jest tak mały, że zmieściła się tam tylko 1 pisanka i czekoladowy zajączek. No ale to w zupełności wystarczy. Szkoda tylko, że on nie będzie mógł skosztować ani tego zająca ani pisanki. Pamiętam, że kiedy ja jako dziecko wracałam do domu po świeceniu cukrowy baran zawsze tracił jakąś część ciała, nie mówiąc już o wyrobach z czekolady :)
Wypieki prawie wszystkie gotowe. W domu pachnie już miodownik, mazurek no i baba. Makowca zostawiłam na jutro, bo to drożdżowe ciasto i chcę żeby było w miarę świeże. Chociaż pamiętam, że kiedy upiekłam na Boże Narodzenie Paskudowi całkiem sporego makowca, to 2 ostatnie kawałki zjadł w Wigilię :/ Więc nie wiem, czy ten makowiec w ogóle dostanie szansę, żeby się zestarzeć.
Z przygotowań nie pieczeniowych muszę jeszcze tylko zrobić sałatkę i zaczynamy świętowanie.
Szkoda tylko, że pogoda ma być raczej bożonarodzeniowa niż wielkanocna. Raczej nie będzie chciało się wychodzić z domu. Dobrze, że chociaż w poniedziałek po południu idziemy do chrzestnego Gucia, bo tak pewnie gnilibyśmy cały dzień w "piżamach".
Jeśli chodzi o zwyczaje świąteczne to już na kilku blogach czytałam o prezentach przynoszonych przez zajączka. Pierwszy raz o takim zwyczaju usłyszałam kilka lat temu w TV i pomyślałam wtedy, że znów ktoś na siłę wprowadza nowe zwyczaje, byle tylko ludzie znów ruszyli do sklepów na zakupy. A tu się jednak okazuje, że w niektórych regionach Polski to normalna tradycja. Ja pochodzę z Małopolski i u nas takiego zwyczaju nie było, nie słyszałam także o takich zwyczajach u żadnego z moich znajomych. Jak to człowiek się przez całe życie uczy. U mnie w domu za to w Wielką Niedzielę zawsze spotykaliśmy się u babci na śniadaniu w takim samym składzie jak na Wigilii czyli w 10 osób, a po śniadaniu dzieci szukały jajek Kinder, które babcia wcześnie rano pochowała w różnych zakamarkach swojego ogrodu. To dopiero była zabawa. Pamiętam, że nawet kiedy pomagałam babci w przygotowaniach przed śniadaniem zanim wszyscy się zeszli, widziałam dokładnie kiedy wychodzi, żeby porozkładać jajka i chociaż zawsze mnie korciło, to nigdy jej nie podglądałam, bo wiedziałam, że sama sobie zepsuję zabawę.

A zaraz po świętach zaczynam przygotowania na sobotnią urodzinową imprezkę. Sama jeszcze nie wiem, co konkretnie mam przygotować, czy tylko na słodko, czy jakieś przekąski. Jeszcze muszę to dokładnie przemyśleć. No i muszę przemyśleć kwestię tortu. Chciałabym, żeby Gucio mógł chociaż spróbować kawałek tortu, no ale jak upiec biszkopt bez jajek? Lub w zasadzie jakiekolwiek inne ciasto pod tort? Jak ktoś wie niech napisze, chętnie skorzystam :)

Życzenia będą jutro zamieszczone. Miałam zamieścić przepisy na ciasta przed świętami, ale nie miałam czasu, żeby je wstukać, zatem niestety będą dopiero po świętach, za to już ze zdjęciami.
Zresztą poza babką piaskową, która raczej jest standardowa, to nie mam żadnych ciast typowo świątecznych, więc mogą być wykorzystane w każdej chwili. Zatem tymczasem życzę dobrej nocy. Ja idę trochę odpocząć przed tymi świętami :)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Rzeżucha wysiana

Rzeżucha wysiana, znaczy, ze święta tuż tuż. Zresztą sporo mi już od soboty wyrosła, coś za szybko nawet, mam nadzieję, ze nie przerośnie zbyt duża. Rzeżucha to element obowiązkowy u mnie w domu na Wielkanoc, chociaż pełni jedynie funkcje dekoracyjne. Przy okazji przypomniałam sobie, że w zeszłym roku dzień po wysianiu rzeżuchy wylądowałam w szpitalu i to Paskud musiał się o nią troszczyć przez te 3 dni, które spędziłam na oddziale poporodowym. Strasznie szybko ten rok zleciał, nawet nie wiadomo kiedy.

Ponieważ święta za pasem, będzie świątecznie. Z przedświątecznych przygotowań jak na razie udało mi się sporządzić listę zakupów :) W czwartek biorę się za pieczenie, a w planach są: babka piaskowa (wiadomo), mazurek (wiadomo) w moim wykonaniu kokosowo-czekoladowy, miodownik z orzechami (do którego przepis zdaje się już kiedyś zamieściłam na blogu) oraz uwaga uwaga strucla z makiem :) Tak, zdaję sobie sprawę, że to nie te święta, ale Paskud tak lubi makowce, że nie mam serca mu jakiegoś nie upiec, tym bardziej, że nie jest zwolennikiem ani babki, ani mazurka. Trochę dużo tych ciast jak na nasze całe 2 osoby, ale tak sobie sprytnie wymyśliłam, że zamrożę po połowie każdego ciasta i będą jak znalazł na kolejny weekend, kiedy to mamy zamiar urządzić niewielką imprezkę, a z jakiej okazji to podejrzewam większość czytaczy wie, kto nie wie, tego odsyłam do suwaczków na górze strony.

Poza pieczeniem i standardową sałatką jarzynową nie zamierzam się zbytnio wysilać kulinarnie na te święta, bo w pierwszy dzień świąt idziemy do teściów, a drugi spędzimy sami. Na szczęście nie należę też do osób, które w okresie przedświątecznym biegają po domu od świtu do późnej nocy wyszukując najmniejszych pyłków w najodleglejszych zakamarkach swojego "M".

Nie wiem jak przebiegną te święta, bo w zasadzie z mężem i teściami będę już po raz drugi spędzać Wielkanoc, ale w zeszłym roku byłam kilka dni po porodzie, więc wszystko kręciło się wokół jednego w zasadzie.

Z wieści niezwiązanych ze świętami, to dostałam dziś telefon od miłej Pani, która w poprzedni poniedziałek przeprowadzała ze mną rozmowę kwalifikacyjną, z propozycją współpracy. Niestety odmówiłam. Piszę niestety dlatego, że praca zapowiadała się całkiem dobrze, w laboratorium firmy produkcyjnej z branży spożywczej. Praca w laboratorium to coś co robiłam poprzednio, lubiłam tą pracę mimo marnych zarobków. A teraz zarobki byłyby jeszcze marniejsze. Ja rozumiem, że mamy duże bezrobocie i wiele osób jest w sytuacji, że podejmie się każdego zatrudnienia. Ale praca w systemie 3 zmianowym, włączając w to soboty i niedziele przy stawce 8,50 brutto za godzinę to lekkie przegięcie. Pracowałam już w systemie 3 zmianowym i to w różnych formach, wiem jak to wygląda i nie wydaje mi się, żeby była to zapłata adekwatna.
Na szczęście nie jestem w sytuacji, że muszę już podejmować zatrudnienie.
Swoją drogą pomimo tego, że mam wykształcenie wyższe kierunkowe, studia podyplomowe o podobnym profilu, prawie 3 letnie doświadczenie zawodowe (niedużo, ale jak na mój wiek to całkiem sporo), to i tak podczas rozmowy odniosłam wrażenie, że nie jestem wymarzoną kandydatką na to stanowisko. To ja już nie wiem kogo oni tam szukają za takie pieniądze.

Na dziś kończę, w najbliższych dniach wrzucę kilka nowych przepisów dla fanów moich talentów kulinarnych ;P (taki żarcik Wielkanocny - dla tych co mnie nie za dobrze jeszcze znają)
A niedługo mam nadzieję znów odezwać się z kolejnymi wieściami. Teraz mam nadzieję, już trochę szybciej i systematyczniej.

wtorek, 20 marca 2012

Wreszcie jesteśmy

Ostatnio kilka osób znających mnie nie tylko wirtualnie pytało mnie czy opublikowałam coś nowego na blogu. Zatem weszłam dziś na mój mocno już przykurzony blog i aż oczom nie chciało się wierzyć. Ostatni post datowany na 15 lutego. Wiedziałam, ze sporo już czasu minęło, kiedy ostatnio coś tu napisałam, ale żeby aż tyle... Co gorsze również niezbyt często zaglądałam ostatnio na blogi, które zwykłam odwiedzać. Mam nadzieję, ze ten stan rzeczy nie potrwa już za długo i w niedługim czasie uda mi się nadrobić zaległości.



Nieobecność moja spowodowana jest projektem, w którym ostatnio biorę udział. Nie będę się teraz nad tym szczegółowo rozpisywać. Napiszę coś na ten temat, kiedy będę mieć więcej wolnego czasu. Niestety aktualnie w związku z w/w cierpię na stały jego brak.



Cieszę się bardzo, że wiosna już przyszła (a raczej zawita do nas jutro), od razu człowiek ma więcej energii do życia. W ostatnią sobotę posadziliśmy na działce 3 drzewka owocowe. Pojęcia nie mam kiedy sadzi się drzewka, ale mam nadzieję, że coś z nich będzie. W sobotę również świętowaliśmy 60-te urodziny mojego teścia i zarazem jego przejście na emeryturę (załapał się jako jeden z ostatnich roczników na wcześniejsze emerytury, w związku z pracą w szczególnych warunkach). My zdaje się będziemy pracować minimum 7 lat dłużej. Minimum, bo nie wiadomo, co się jeszcze do tego czasu pozmienia. Tak sobie myślę, ze jeszcze posiedzę trochę z Guciem w domu, zdaje się, że jeszcze się zdążę napracować :)



Odnośnie Gucia, to rośnie chłopak w siłę i jak każdy rasowy niemowlak nabywa nowe umiejętności. O jakiegoś już czasu raczkuje ( tu wypadałoby napisać nareszcie - bo bardzo długo pełzał na brzuchu i gdzieś miał raczkowanie). Wstaje, chodzi wokół ławy, wzdłuż mebli i ścian, ale każda próba wzięcia go za rękę kończy się niezmiennie momentalnym opadem na tyłek. No ale ma jeszcze czas. Jeśli wdał się w mamusię, to trochę jeszcze potrwa, zanim postawi pierwsze samodzielne kroki. Z wiarygodnych źródeł wiem, ze rodzicielka Gucia (czyli ja :) ) pierwsze samodzielne kroki postawiła w wieku 16-tu miesięcy a i to nie było do końca dobrowolne. hehe
Na dzień dzisiejszy stan uzębienia w Guciowej paszczy wynosi 4 sztuki. Potrafi zrobić "papa" i "brawo". Potrafi także, co mniej cieszy jego matkę obudzić się o 6 rano i głośno i natarczywie domagać się towarzystwa reszty domowników.
Co do jego upodobań, to jest wielkim fanem Pierwszej Miłości i porannego programu na TVNCNBC (Rynki dnia czy coś). Pewnie ulubionych programów miałby znacznie więcej, ale wyrodna matka nie włącza telewizora w ciągu dnia i biedne dziecko zadowolić się musi radiem.



Wczoraj odebrałam z urzędu paszporty moje i Gucia (i tu doznałam lekkiego szoku, a zaraz po tym kolejnego, znacznie większego, ale za to obydwa były pozytywne). Termin odbioru paszportów mieliśmy wyznaczony na 2 kwietnia. Ale teraz jest mozliwość sprawdzenia on-line, czy paszporty są już może dostępne. Sprawdziłam wczoraj rano i były ( ty nastąpił pierwszy lekki szok), zatem na spacerze udaliśmy się w kierunku starostwa. Odebrałam paszporty i zaczęłam przeglądać - okazało się, ze wydane zostały dnia 7 marca, podczas gdy ja wnioski składałam 5 marca. Jak się pewnie domyślacie tu nastąpił szok drugi. Czyli jednak da radę, niektóre przynajmniej sprawy załatwić szybko i sprawnie, a nawet udostępnić petentowi możliwość dostępu elektronicznego do pewnych informacji.
Teraz po odebraniu paszportów pozostało mi już tylko wyrobienie wizy dla Gucia i mam nadzieję w te wakacje zobaczyć się z moją mamą, którą ostatnio widziałam 2 lata temu :)
Opisywany tu właśnie Pan właśnie chyba dostał czkawki, bo słyszę, że kończy swoją drzemkę, zatem i dla mnie kończy się czas pobytu na kompie ;) Nie będę ryzykować, bo Paskud ze swojego laptopa pozbył się już liter: c, v i kilku innych klawiszy.



A co do Paskuda, to od 1. kwietnia zostaje on przeniesiony na inne stanowisko w pracy, co osobiście bardzo mnie cieszy. Bo po pierwsze bedzie pracował jakieś 5 min spacerem od domu, a po drugie trochę przesuną mu się godziny i wcześniej będzie wracał, co teraz kiedy dni się wydłużą, pozwoli nam spędzić trochę czasu razem nie tylko w weekendy (tzn on i Gucio sio do parku a mama odpoczywa w domu :) )



Mam nadzieję, niedługo znów się odezwać, no i poodwiedzać dawno niewidziane zakamarki :)

środa, 15 lutego 2012

Chrusty vel faworki

Kolejna tłustoczwartkowa potrawa obowiązkowa :) Poza pączkami w dniu tym niepodzielnie panują faworki. Co prawda moimi faworytami są zdecydowanie pączki, jak na mój gust kulinarny faworki są za mało słodkie, ale z racji tego, że obydwoje z Paskudem dzielnie walczymy z nadmiarowymi kilogramami, a pączki smażyłam całkiem niedawno w tym roku w Tłusty Czwartek pojawią się u nas wyłącznie chrusty. I to raczej w ilości bardzo symbolicznej. W tym miejscu należy jeszcze wspomnieć o jednej niepodważalnej zalecie jaką faworki wykazują nad pączkami. W porównaniu do tych drugich robi się je zdecydowanie łatwiej, szybciej i przyjemniej, w związku z czym każda nawet najbardziej leniwa dusza poradzi sobie z nimi bez problemu :)
W związku z prośbą, która pojawiła się w jednym z wcześniejszych komentarzy przepis zamieszczam nieco wcześniej, a zdjęcia pojawią się jutro.

Faworki


Składniki:
0,20 kg mąki tortowej
3-4 żółtka
3 łyżki gęstej śmietany
szczypta soli
1 łyżeczka spirytusu
aromat rumowy
(spirytus i aromat można zastąpić rumem)
cukier puder do posypania


Przygotowanie:

  1. z podanych składników zagnieść ciasto
  2. rozwałkować dosyć cienko
  3. radełkiem (lub nożem) wycinać prostokąty, każdy prostokąt naciąć w środku wzdłuż
  4. przewinąć 1 koniec przez wewnętrzne nacięcie i smażyć w głębokim tłuszczu, z dwóch stron do zrumienienia
  5. odsączyć na ręczniku papierowym i posypać cukrem pudrem
PS Właśnie wysłałam Paskuda do sklepu po radełko. Jutro na zdjęciu będziecie mogli zobaczyć czy sprostał zadaniu (pierwszy raz w życiu słyszał tą nazwę, nie wspominając o braku bladego pojęcia co to jest i do czego służy) :))

piątek, 10 lutego 2012

Pączki pyszne

Karnawał w pełni, niedługo Tłusty Czwartek, później Ostatki zatem bez pączków ani rusz :) Przepis na pączki znalazłam jak zawsze w nieocenionym zeszycie mojej babci i tak jak w tytule posta zostały przez nią nazwane. Nie są zbyt trudne w wykonaniu, może nieco czasochłonne, bo trzeba czekać aż wyrosną, ale za to później jaka przyjemność :) Ja osobiście najbardziej lubię pączki z różą. Niestety musiałam zadowolić się kupną konfiturą z róży, bo własnej nie posiadam (chociaż mam nadzieję, że się to w tym roku zmieni). Mimo to były naprawdę smaczne. Zresztą nadziać można je w zasadzie prawie wszystkim: budyniem, bitą śmietaną, jakąkolwiek marmoladą, czym kto lubi. Chociaż jest to przekąska raczej bardzo kaloryczna, to jednak od czasu do czasu można pozwolić sobie na małe łasuchowanie.

Pączki
Składniki:
1 kg mąki tortowej
10 dkg drożdży
0,5 l mleka
10 żółtek + 1 całe jajko
12-15 dkg cukru
12 dkg masła (masło powinno być stopione, trzymać na małym ogniu aż się całe "wypieni")
1 cukier waniliowy
kieliszek spirytusu (lub ile kto lubi ;) )
cukier puder do posypania
coś do nadziania :)

Przygotowanie:
  1. ciepłe mleko połączyć z drożdżami i niewielką ilością mąki - pozostawić rozczyn do wyrośnięcia (aż podwoi objętość)
  2. dodać resztę składników i wymiesić ciasto - ciasto powinno być dobrze wymieszone, im więcej powietrza do niego wpompujemy tym pączki będą bardziej puszyste, ciasto drożdżowe jest gotowe, gdy samo odchodzi od ręki - pozostawić do wyrośnięcia
  3. urywać po kawałku ciasta, w rękach uformować placuszek, nałożyć porcję konfitury i zlepić brzegi formując kulkę (należy uważać, by nie zabrudzić konfiturą brzegów, które ze sobą zlepiamy), kulki układać na posypanej mąką tortownicy i znów pozostawić do wyrośnięcia
  4. wyrośnięte pączki smażyć w głębokim tłuszczu (najlepiej smalec) z dwóch stron, aby miały ładną jasną obwódkę należy smażyć je pod przykryciem
  5. wyjąć, odsączyć na ręczniku kuchennym, zaczekać aż ostygną, posypać cukrem pudrem i SMACZNEGO :)
Kilka dodatkowych informacji:
-konfiturę można nałożyć na surowe ciasto, bądź nadziać nią pączka już po usmażeniu specjalną szprycą (bita śmietana, budyń itp nakładać po usmażeniu)
-dzięki dodatkowi spirytusu pączki mniej nasiąkną tłuszczem
-trzeba pilnować, aby tłuszcz za bardzo nam się nie rozgrzał, najlepiej mieć przygotowane kilka plasterków ziemniaka, kiedy tłuszcz będzie za gorący i pączki będą się nam palić, kawałki ziemniaka bardzo szybko go schłodzą
-lepiej zrobić mniejsze pączki (nie takie jak ze sklepu), dzięki temu nie zrumienią się za bardzo z wierzchu zanim środek będzie gotowy




piątek, 13 stycznia 2012

W telegraficznym skrócie

Dziś będzie bardzo krótko. Od kilku dni dopadł mnie totalny brak weny. Niestety nie wiem kiedy ten stan rzeczy ulegnie zmianie, zatem tylko to co najważniejsze:
  1. w piątek 6 stycznia nawiedził mnie brat z rodziną (tym razem wracał do siebie do domu, więc wpadł na kilka godzin). Było całkiem miło i przyjemnie, chociaż w kilka godzin ciężko nadrobić kilka miesięcy braku kontaktu (nie liczę tych kilku rozmów na skype). Oczywiście w centrum zainteresowania jak zwykle był mój bratanek. Mam nadzieję, że uda nam się na wiosnę wybrać do nich.
  2. tydzień upłynął nam pod znakiem Guciowych wizyt lekarskich (alergolog+dermatolog). Tym razem nie tylko my zauważyliśmy poprawę, ale lekarze także (bo zazwyczaj było tak, że mnie i Paskudowi wydawało się, ze Gucio jest prawie "czysty", a lekarze po obejrzeniu załamywali nad nim ręce). Nawet alergolog pozwoliła nam wprowadzić nowe produkty (całe 3 w nadchodzącym miesiącu hehe - myślę, że Gucio do 18-tki zacznie jeść wszystko :) ). No ale sterydy i Protopic nadal w użyciu.
  3. przy okazji wizyty u alergologa rozwiązała się nam kwestia, na którą ostatnio tak tu namiętnie utyskiwałam. Miałam za złe, że ludzie odpowiedzialni za tworzenie listy leków refundowanych wyrzucili z niej "naszą" mieszankę, a zostawili tą drugą. Po rozmowie z naszą alergolog okazało się, że wszyscy zostali potraktowani sprawiedliwie i nikt nie został zaniedbany, bo obydwie mieszanki są teraz pełnopłatne.
  4. niestety ale chwilowo (na dłuższą chwilę) muszę zawiesić swoją działalność związaną z pieczeniem :( Nasz (mój i Paskuda) "Wyrzut sumienia" popularnie zwany wagą łazienkową, a od jakiegoś czasu upchnięty głęboko pod komodą dał o sobie znać w sposób bezwzględny i bezlitosny. Najwyższy czas wziąć się za siebie co niniejszym czynię, biegając od 2 tygodni na fitness, ćwicząc w domu i wyrzucając z diety wszelkie smakołyki. Mam ambitny plan wrócić do wagi sprzed ciąży do pierwszych urodzin Gucia. Napiszę w kwietniu czy mi się udało. Tymczasem będę zamieszczać same przepisy bez zdjęć, bo blog ten miał być właściwie moją książką kucharską.
To na tyle trochę przydługiego telegraficznego skrótu. Mam nadzieję, że wena niedługo do mnie wróci.

środa, 4 stycznia 2012

Bez komentarza

Wczoraj nawiedził nas ksiądz. Po kolędzie był. Odwiedził nas tu po raz pierwszy, bo w zeszłym roku nie wiedzieliśmy, że w tej parafii panuje zwyczaj zapraszania księdza na kolędę. Znaczy trzeba wcześniej zgłosić, że chce się przyjąć księdza. Ja nie czuję się szczególnie związana z kościołem zatem od kilku już lat nie przyjmowałam kolędy, w zasadzie odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego, ale Paskud jest praktykujący, zatem ksiądz był. Akurat odwiedził nas ksiądz, który udzielał nam ślubu, oczywiście nas nie pamiętał (tu się akurat nie dziwię), ale uderzyło mnie to, że pierwszym jego pytaniem było czy mamy ślub kościelny. Ja rozumiem, że takie głównie rzeczy omawia się przy okazji kolędy, ale mógł się chociaż wstrzymać aż wygodnie usiądzie w fotelu, a nie tak zaraz po modlitwie. Poza tym było dosyć sympatycznie. Chwilę porozmawialiśmy, próbował zaczepiać Gucia, który jednak do samego końca zachował powagę i rezerwę i ani raz się nie uśmiechnął.

W tym miejscu muszę się pochwalić, że moje dziecko od 3 dni wstaje. Wdrapuje się po zabawce, która ma orientację pionową i opiera się o komodę. I dziś rano odkryłam dlaczego on się tak uparcie wspina. Gucio bez problemu z pozycji pionowej sięga do leżącej na półce powyżej zabawki Metaxy. Niestety będziemy musieli znów zweryfikować położenie niektórych przedmiotów w mieszkaniu. Gucio nabył również umiejętność klaskania. Po raz pierwszy bił brawo akurat gdy rozmawiałam z mamą przez skype i pokazywała mi ona e-papiorosa, na którego ma zamiar się przerzucić z tych normalnych. Wiem, że to zwykły przypadek, ale wiem też, że moja mama prędzej czy później to przeczyta, zatem Babciu mam nadzieję, że nie zawiedziesz wnuka ;)

Jeszcze wrócę na moment do kwestii zmian w ustawie o lekach refundowanych, pisałam już o tym w komentarzu pod poprzednim postem. Wczoraj z ciekawości odwiedziłam stronę Ministerstwa Zdrowia. Można tam sobie wyszukać czy interesujący nas lek znajduje się na liście leków refundowanych i w jakim procencie jest refundowany w zależności od przysługujących pacjentowi uprawnień. Oczywiście naszej poprzedniej mieszanki na liście nie ma. Ale odkryłam coś ciekawszego. Otóż do Guciowego dotychczasowego jedzonka NFZ dopłacał 13 zł do każdej puszki. Teraz, kiedy po wyczerpaniu zapasów przejdziemy na drugą refundowaną mieszankę (o ile Gucio dobrze ją będzie tolerował) NFZ dopłaci do niej 17 zł. Różnica może nie jest oszałamiająca, ale w skali kraju podejrzewam, że zrobi się z tego dosyć pokaźna kwota. Ktoś mądry musiał nad tym naprawdę długo myśleć, żeby wymyślić taką głupotę. Wykreślić z listy jeden lek, żeby do tego który pozostał dopłacać więcej. Na temat innych leków się nie wypowiadam, piszę tylko o tym co znam z autopsji.

Nie będzie żadnego sensownego zakończenia posta, bo słyszę że opisywany tu osobnik zakończył właśnie przedpołudniową drzemkę ;)
____________________________________________________________________
dopisek popołudniowy:

Po przedpołudniowej drzemce wybraliśmy się na spacer i m.in do apteki, gdzie dowiedziałam się o kolejnym kwiatku dotyczącym zmian w służbie zdrowia. Mianowicie odbierałam dziś maść robioną (nic szczególnego - euceryna i 2 witaminy, ciężko to nawet lekiem nazwać). Zawsze nam lekarka wypisuje 200g tej maści, a panie w aptece robią ją do 2. opakowań po 100g. I nigdy nie było problemu. A od 1. stycznia nie może być dwóch ryczałtów wypisanych na jednej recepcie. Czyli z tej mojej poniedziałkowej recepty miałabym 1 opakowanie zrefundowane i 1 opakowanie w pełni płatne. Od teraz lekarka będzie mi musiała wypisywać 2 identyczne recepty zamiast jednej, na każdej z nich będzie ta sama maść tylko, że w ilości 100g. Jak widać kolejna zmiana usprawniająca działanie służby zdrowia. Aż szkoda po prostu komentować...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Reformy, reformy

Stary Rok odszedł. Wszyscy robią podsumowania, bilanse, rozliczają postanowienia. Ja postanowień z zasady nie robię, to i nie mam czego rozliczać. Podsumowywać mi się nie chce. Jedyne co mogę napisać o starym roku, to to, że był to jak do tej pory najważniejszy rok mojego życia. Ja sama zmieniłam się, można powiedzieć o 1800. Oczywiście zauważyłam, że inaczej patrzę na inne sprawy, jednak skalę tych zmian uświadomiła mi dopiero moja najbliższa przyjaciółka. Czy to zmiany na lepsze czy na gorsze nie mnie oceniać.

Nowy Rok nadszedł. Wraz z Nowym Rokiem nadeszła reforma ustawy o lekach refundowanych. Ponieważ media trąbią o tym od jakiegoś czasu, to i się człowiek osłucha i na różne rzeczy jest przygotowany. Ale nie na to co zobaczyłam dziś. Dziś jak średnio co 2 tyg wybrałam się do naszego pediatry po recepty.Wcześniej przezornie przejrzałam sobie listę leków refundowanych na rok 2012 i stwierdziłam brak na niej mieszanki mlekozastępczej, którą Gucio wcina średnio 5-6 razy dziennie. Pani doktor sprawnie nam recepty wypisała i na wszystkich przybiła magiczną pieczątkę "Refundacja do decyzji NFZ", zapytałam więc gdzie mam się z tymi receptami udać. Pani przytoczyła mi rozporządzenie kogoś tam z NFZ (miała wydrukowane), którego sama chyba do końca nie rozumiała, coś zawile potłumaczyła i na końcu stwierdziła, że mam iść do apteki i tam panie będą decydować co dalej. Nieśmiało napomknęłam jeszcze o braku w/w specyfiku na magicznej liście ministerstwa. Niestety nasza pani doktor usłyszała o tym po raz pierwszy ode mnie, ale wypisała nam dodatkowo zaświadczenie, że Gucio jest przewlekle chory i mieszanka mu się należy. Pozbierałam wszystkie karteluszki po czym udałam się do apteki. Odstałam swoje w kolejce i podałam pani w okienku recepty. Pani poczytała, poprzynosiła wszystko i tylko dziwnie popatrzyła na zaświadczenie od lekarki, więc znów opowiedziałam o swoim odkryciu. Pani postukała w komputer i stwierdziwszy, że faktycznie nasza mieszanka wypadła z listy leków refundowanych oddała mi zaświadczenie. Zapytałam jeszcze co z tymi pieczątkami, które lekarze przybijają w ramach protestu, na co uzyskałam odpowiedź, żeby się tymi pieczątkami nie przejmować, bo przecież i tak wszystkie specyfiki które kupuję są 100% płatne. I tak oto NFZ poradził sobie ze strajkiem lekarzy. Nie muszę nigdzie chodzić, nic potwierdzać, po prostu muszę płacić.
Ja rozumiem, że potrzebne są reformy, że trzeba oszczędzać. Ale nie rozumiem:
  1. dlaczego państwo prowadzące politykę prorodzinną wyrzuca z listy leków refundowanych specyfiki, które są podstawą żywieniową sporej części niemowląt i dzieci (niestety, ale alergie pokarmowe u niemowlaków są coraz częstsze). Gucio ma już prawie 9 m-cy, a nadal poza mieszanką dostaje tylko 1 posiłek 3-składnikowy (ziemniak, marchewka, mięso z królika). Owszem istnieje zamiennik naszej mieszanki, który jest częściowo refundowany, ale częściej nie jest on tolerowany przez dzieci. Nie wiem jak na niego zareaguje Gucio. Na szczęście dla nas, jeśli zareaguje źle, kupienie dotychczasowej mieszanki nie będzie dla nas obciążeniem finansowym nie do udźwignięcia, ale jest mnóstwo rodzin, które nie będą sobie mogły pozwolić na taki wydatek. Co wtedy?
  2. dlaczego mamy do czynienia z kolejną reformą wprowadzaną w tak wielkim chaosie. Nikt nic nie wie. Dziś w radio podano informację, że w ramach protestu lekarze przybijają pieczątki "Refundacja do decyzji NFZ", a aptekarze w ramach własnego protestu recept z pieczątkami nie będą realizować. Nie mam pretensji ani do lekarzy ani do aptekarzy. Wierzę, że wszyscy chcą swoje obowiązki wykonywać jak najlepiej. Ale jeśli lekarze będą zmuszeni przekopywać się przez tony papierzysk i sprawdzać każdego jednego pacjenta, kto będzie nas leczył?
Mam nadzieję, że takich sytuacji będzie w nadchodzącym roku jak najmniej. Tego sobie i wszystkim życzę :)