No to poświętowaliśmy. Ja w tym roku po raz pierwszy spędziłam całe święta z dala od domu rodzinnego. Niby w tamtym roku Wigilię podobnie jak w tym spędziłam z mężem i teściami, ale po kolacji wigilijnej wsiedliśmy w samochód i w 1-szy dzień świąt rano byłam już u swojej rodziny. Jednak kilkugodzinne podróżowanie w wigilijną noc nie jest najlepszym pomysłem i musieliśmy znaleźć inne rozwiązanie. Przyszłoroczne święta mam nadzieję spędzić już całe ze swoją rodziną.
Wigilia minęła nam podobnie jak w większości polskich domów zapewne. Przed południem przygotowania, później modlitwa, życzenia dzielenie się opłatkiem i jedzonko :) Moja teściowa na szczęście nie jest ani zbyt dobrą kucharką ani wielką tradycjonalistką i chyba na rękę jej było, że część potraw przygotuję ja. W związku z tym udało mi się przemycić na wigilijny stół kilka smaków przyniesionych z rodzinnego domu.
Przede wszystkim barszcz biały, który to z barszczem nie ma nic wspólnego, ale nie wiem jak inaczej nazwać tę zupę. Są to połączone ze sobą wywary grzybowy i kapuściany, doprawione i zabielone. Żadna filozofia w wykonaniu a smak jak żaden inny. Co prawda u nas w domu były zawsze 2 barszcze biały i tradycyjny czerwony, ale ten lubię bardziej, podobnie jak mój tato (to w jego rodzinie robiono tą zupę, a po śmierci jego mamy moja druga babcia specjalnie dla taty przygotowywała 2 barszcze) oraz brat.
Po drugie kompot z suszu. Pamiętam jak w dzieciństwie go nienawidziłam. Gorzki smak suszonych śliwek aż wykręcał językiem, ale wiadomo - kto nie wypił choć trochę kompotu nie dostanie prezentu. Teraz nie wyobrażam sobie Wigilii bez kompotu. I tu w tym miejscu muszę sobie zanotować i zapamiętać raz na zawsze: nie dodawać cynamonu, bo chociaż dzięki temu kompot jest słodki i łagodniejszy, to zdecydowanie nie jest to kompot mojej babci.
Po trzecie kapusta z grzybami. Ta potrawa to raczej efekt nie marnowania jedzenia. W końcu coś trzeba zrobić z wygotowanymi resztkami, z których powstały wywary do barszczu. Resztki te zasmażam, doprawiam i wychodzi całkiem niezła kapustka :)
To tyle moich przygotowań, resztę tj smażonego karpia, uszka oraz pierogi z grzybami przygotowała moja teściowa. Jak widać Wigilia bardzo typowa. Później nastąpiło komisyjne otwieranie prezentów, włączenie tv i na stół wjechały ciasta. Po obfitej kolacji zjedliśmy jedynie po kawałeczku. Jako, że za ciasta również odpowiedzialna byłam ja, to jak już pisałam wcześniej przygotowałam to co na święta królowało u mnie w domu. Był więc piernik, był placek królewski, pierniczki z lukrem i kruche ciasteczka posypane siekanymi orzechami. Te ostatnie ciasteczka, chociaż bardzo zwykłe, dla mnie już zawsze będą ciastkami bożonarodzeniowymi, bo z tylko sobie znanych powodów babcia piekła je raz w roku właśnie na święta. Fotografie ciast mam , ale zamieszczę je dopiero w kolejnym poście, żeby nie dublować, a do tamtej tematyki będą bardziej pasowały.
W pierwszym dniu świąt z kolei teściowie gościli u nas na obiedzie. A w kolejnym dniu był przyjaciel rodziny, który jest jednocześnie chrzestnym Gucia (chyba muszę go jakoś nazwać na blogowe potrzeby, bo wspominam już o nim któryś raz). Wybraliśmy się we czwórkę po obiedzie na spacer nakarmić kaczki w niedalekim stawie, ale niestety kaczki były tak obżarte po świętach, że przed nami uciekały, chociaż gdy jestem tam w tygodniu to obskakują człowieka z każdej strony. Tak więc święta upłynęły nam spokojnie i leniwie.
Niestety z moją rodziną miałam w te święta kontakt jedynie skype'owo-telefoniczny. Mam nadzieję, że w przyszłym roku się to zmieni. U nas jakoś bardziej rodzinnie obchodzi się święta. Zawsze ktoś z dalszej rodziny odwiedzi nas lub my kogoś. Tutaj u męża, jedynie z teściami mieliśmy kontakt. Ale u nich nie ma tradycji odwiedzania rodziny, zresztą z innymi członkami rodziny nie odwiedzają się nigdy, chyba że gdzieś przypadkowo. Tego chyba nigdy nie uda mi się pojąć.
Były to pierwsze święta Gucia. Niestety, jak można się było wcześniej domyślić, nie wywarły na nim żadnego wrażenia. Zdawałoby się dzień jak co dzień. Za to rodzice byli jak najbardziej podekscytowani :) Szkoda tylko, że w Wigilię przed południem złapał katar, bo był trochę marudny. Na szczęście już jest zdecydowanie lepiej.
Tak jak już wspominałam wcześniej, w czwartek przed świętami odwiedzili mnie na kilka godzin brat z bratankiem. Bardzo miło było się z nimi zobaczyć. Brat ostatni raz gościł u nas w lipcu na chrzcinach Gucia, a bratanka ostatnio widziałam równo rok temu w poprzednie święta. Pierwsze spotkanie kuzynów odbyło się bez większych emocji, chociaż na wstępie Gucio się rozpłakał, zupełnie nie wiem dlaczego, bo raczej nie boi się obcych. Chyba wystraszył się naprawdę ogromnego worka ubranek, które przywiózł mu wujek. Wydaje mi się, że jednak różnica wieku między nimi (ponad 3 lata) jest dosyć spora i dużo czasu jeszcze będzie musiało upłynąć zanim nawiążą jakąś nić porozumienia.
Mam nadzieję, że brat z rodziną wstąpią tu jeszcze po Nowym Roku, kiedy będą już wracać do siebie. Być może nawet uda im się zostać na noc. Już nie mogę się doczekać :)
To tyle na razie mojej po-świątecznej relacji. Mam nadzieję, ze wszyscy spędzili te święta tak miło jak ja.