Lilypie First Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

Daisypath Happy Birthday tickers

sobota, 31 grudnia 2011

Noworocznie

Płoną sztuczne ognie, płynie już muzyka,
idzie Nowy Rok, stary już umyka,
więc wznieśmy puchary, tańczmy do rana,
niech los nam nie szczędzi kawioru i szampana



Większość pewnie szykuje się na bale/imprezy sylwestrowe. W tym roku my spędzimy sylwestra bardzo rodzinnie w domu z naszym Nowym Rokiem :) Jak widać powyżej Nowy Rok niezbyt przejął się rolą. Nawet cylindra nie chciał założyć o czym dał znać wyjątkowo głośno i wyraźnie, a szarfę zarzuciłam na niego podstępem. Zdjęcie w końcu udało się zrobić, zatem sylwester uważam za rozpoczęty :)

Niech Nowy Rok będzie dla Was co najmniej tak łaskawy jak mijający dla mnie :)

czwartek, 29 grudnia 2011

Masa cukrowa

Jakiś czas temu, w zasadzie już dosyć dawno wpadł mi do głowy pomysł, by własnoręcznie upiec tort na pierwsze urodziny Gucia. Tort jak tort. Upiec tort w zasadzie żadna sztuka. Lepszy lub gorszy, ale zawsze jakiś wyjdzie. Ale mi zamarzył się taki tort jak z bajki. Oczywiście żaden problem zamówić w cukierni, ale gdyby upiec taki własnoręcznie to dopiero byłaby satysfakcja.
Zainteresowałam się zatem tematem masy cukrowej jako surowca do dekoracji wypieków. Poszukałam, poczytałam i postanowiłam, że odtąd przy każdej nadarzającej się okazji będę ćwiczyć wyrabianie dekoracji z masy cukrowej. Pierwsza nadarzająca się okazja trafiła się we wrześniu wraz z Paskudowymi imieninami. Niestety moje pierwsze spotkanie z masą nie należało do udanych. Efekt jakiś tam był, ale na podstawie swojego pierwszego doświadczenia mogłabym powiedzieć dużo na temat tego jak nie postępować z masą cukrową.
Nie zrażona pierwszymi niepowodzeniami postanowiłam świąteczne wypieki również przyozdobić tym surowcem. A pole do popisu miałam spore, bo upiekłam 2 placki królewskie i 4 pierniki (zawsze piekę sporo na święta, bo chętnych do obdarowania również jest sporo).

Przepisów na masę cukrową w necie można znaleźć bez liku i w zasadzie wszystkie są bardzo podobne.Wszystkie bazują na cukrze pudrze, wodzie i żelatynie. Ja nie będę zamieszczać dokładnego przepisu, napiszę tylko, że zużyłam ok 35 ml wody, 2 łyżeczki żelatyny i 40 dkg cukru pudru i było to o wieeeeele za dużo, wykorzystałam zaledwie niewielki ułamek tej ilości. W sporej części przepisów występuje też glukoza, ja robiłam i z glukozą i bez i szczerze powiedziawszy nie zauważyłam różnicy. Masa cukrowa jest śnieżnobiała. Barwi się ją barwnikami spożywczymi w proszku lub żelu. Ja miałam akurat takie w proszku. Posiadam kilkanaście różnych kolorów, ale tak naprawdę wystarczy zabarwić masę na 3 podstawowe kolory (czerwony, niebieski i żółty) i odpowiednio je ze sobą łączyć, by uzyskać całą paletę barw.

Torty bardzo ładnie wyglądają, kiedy całe obłożone są tą masą. Ja jednak uznałam, że do moich wypieków średnio pasuje taka słodka masa, zatem standardowo oblałam je polewą czekoladową i zanim zaschła przyklejałam na nią mniejsze elementy wykonane z masy cukrowej. Poszczególne niewielkie elementy dekoracji można łączyć zwilżając w miejscu łączenia wodą.
Poniżej to co udało mi się przygotować:

Dwa placki królewskie



Oraz trzy pierniki, niestety czwarty pojechał do małopolski, zanim zdążyłam zrobić fotkę, ale podobnie jak powyżej był ozdobiony bombką, tylko w innej kolorystyce i ciut inne wzorki



Niestety nie wiem kiedy ponownie uda mi się coś podobnego zrobić. Od 1. stycznia Paskud i ja zaczynamy zakrojoną na szeroką skalę akcję zrzucania zbędnego balastu i dostałam chwilowy zakaz pieczenia :( Chyba, że uda mi się gdzieś zakupić mini-blaszki do mini-wypieków ;)

wtorek, 27 grudnia 2011

Jak wszędzie, poświątecznie :)

No to poświętowaliśmy. Ja w tym roku po raz pierwszy spędziłam całe święta z dala od domu rodzinnego. Niby w tamtym roku Wigilię podobnie jak w tym spędziłam z mężem i teściami, ale po kolacji wigilijnej wsiedliśmy w samochód i w 1-szy dzień świąt rano byłam już u swojej rodziny. Jednak kilkugodzinne podróżowanie w wigilijną noc nie jest najlepszym pomysłem i musieliśmy znaleźć inne rozwiązanie. Przyszłoroczne święta mam nadzieję spędzić już całe ze swoją rodziną.
Wigilia minęła nam podobnie jak w większości polskich domów zapewne. Przed południem przygotowania, później modlitwa, życzenia dzielenie się opłatkiem i jedzonko :) Moja teściowa na szczęście nie jest ani zbyt dobrą kucharką ani wielką tradycjonalistką i chyba na rękę jej było, że część potraw przygotuję ja. W związku z tym udało mi się przemycić na wigilijny stół kilka smaków przyniesionych z rodzinnego domu.
Przede wszystkim barszcz biały, który to z barszczem nie ma nic wspólnego, ale nie wiem jak inaczej nazwać tę zupę. Są to połączone ze sobą wywary grzybowy i kapuściany, doprawione i zabielone. Żadna filozofia w wykonaniu a smak jak żaden inny. Co prawda u nas w domu były zawsze 2 barszcze biały i tradycyjny czerwony, ale ten lubię bardziej, podobnie jak mój tato (to w jego rodzinie robiono tą zupę, a po śmierci jego mamy moja druga babcia specjalnie dla taty przygotowywała 2 barszcze) oraz brat.
Po drugie kompot z suszu. Pamiętam jak w dzieciństwie go nienawidziłam. Gorzki smak suszonych śliwek aż wykręcał językiem, ale wiadomo - kto nie wypił choć trochę kompotu nie dostanie prezentu. Teraz nie wyobrażam sobie Wigilii bez kompotu. I tu w tym miejscu muszę sobie zanotować i zapamiętać raz na zawsze: nie dodawać cynamonu, bo chociaż dzięki temu kompot jest słodki i łagodniejszy, to zdecydowanie nie jest to kompot mojej babci.
Po trzecie kapusta z grzybami. Ta potrawa to raczej efekt nie marnowania jedzenia. W końcu coś trzeba zrobić z wygotowanymi resztkami, z których powstały wywary do barszczu. Resztki te zasmażam, doprawiam i wychodzi całkiem niezła kapustka :)
To tyle moich przygotowań, resztę tj smażonego karpia, uszka oraz pierogi z grzybami przygotowała moja teściowa. Jak widać Wigilia bardzo typowa. Później nastąpiło komisyjne otwieranie prezentów, włączenie tv i na stół wjechały ciasta. Po obfitej kolacji zjedliśmy jedynie po kawałeczku. Jako, że za ciasta również odpowiedzialna byłam ja, to jak już pisałam wcześniej przygotowałam to co na święta królowało u mnie w domu. Był więc piernik, był placek królewski, pierniczki z lukrem i kruche ciasteczka posypane siekanymi orzechami. Te ostatnie ciasteczka, chociaż bardzo zwykłe, dla mnie już zawsze będą ciastkami bożonarodzeniowymi, bo z tylko sobie znanych powodów babcia piekła je raz w roku właśnie na święta. Fotografie ciast mam , ale zamieszczę je dopiero w kolejnym poście, żeby nie dublować, a do tamtej tematyki będą bardziej pasowały.
W pierwszym dniu świąt z kolei teściowie gościli u nas na obiedzie. A w kolejnym dniu był przyjaciel rodziny, który jest jednocześnie chrzestnym Gucia (chyba muszę go jakoś nazwać na blogowe potrzeby, bo wspominam już o nim któryś raz). Wybraliśmy się we czwórkę po obiedzie na spacer nakarmić kaczki w niedalekim stawie, ale niestety kaczki były tak obżarte po świętach, że przed nami uciekały, chociaż gdy jestem tam w tygodniu to obskakują człowieka z każdej strony. Tak więc święta upłynęły nam spokojnie i leniwie.
Niestety z moją rodziną miałam w te święta kontakt jedynie skype'owo-telefoniczny. Mam nadzieję, że w przyszłym roku się to zmieni. U nas jakoś bardziej rodzinnie obchodzi się święta. Zawsze ktoś z dalszej rodziny odwiedzi nas lub my kogoś. Tutaj u męża, jedynie z teściami mieliśmy kontakt. Ale u nich nie ma tradycji odwiedzania rodziny, zresztą z innymi członkami rodziny nie odwiedzają się nigdy, chyba że gdzieś przypadkowo. Tego chyba nigdy nie uda mi się pojąć.

Były to pierwsze święta Gucia. Niestety, jak można się było wcześniej domyślić, nie wywarły na nim żadnego wrażenia. Zdawałoby się dzień jak co dzień. Za to rodzice byli jak najbardziej podekscytowani :) Szkoda tylko, że w Wigilię przed południem złapał katar, bo był trochę marudny. Na szczęście już jest zdecydowanie lepiej.

Tak jak już wspominałam wcześniej, w czwartek przed świętami odwiedzili mnie na kilka godzin brat z bratankiem. Bardzo miło było się z nimi zobaczyć. Brat ostatni raz gościł u nas w lipcu na chrzcinach Gucia, a bratanka ostatnio widziałam równo rok temu w poprzednie święta. Pierwsze spotkanie kuzynów odbyło się bez większych emocji, chociaż na wstępie Gucio się rozpłakał, zupełnie nie wiem dlaczego, bo raczej nie boi się obcych. Chyba wystraszył się naprawdę ogromnego worka ubranek, które przywiózł mu wujek. Wydaje mi się, że jednak różnica wieku między nimi (ponad 3 lata) jest dosyć spora i dużo czasu jeszcze będzie musiało upłynąć zanim nawiążą jakąś nić porozumienia.
Mam nadzieję, że brat z rodziną wstąpią tu jeszcze po Nowym Roku, kiedy będą już wracać do siebie. Być może nawet uda im się zostać na noc. Już nie mogę się doczekać :)
To tyle na razie mojej po-świątecznej relacji. Mam nadzieję, ze wszyscy spędzili te święta tak miło jak ja.

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych świąt!

Mój dostawca internetu zrobił nam dziś prezent świąteczny w postaci przerwy w dostawie internetu (i telewizji, ale za tym akurat nie tęskniłam). Internetu "brakło" akurat w momencie, gdy zaczęłam rozmowę z moim tatą i resztą rodzinki przez skype. Chciałam złożyć wszystkim życzenia, bo jutro nie będę mieć takiej możliwości. A tak będę musiała telefonicznie.Grrrrrr
No ale teraz po kilku godzinach na szczęście jest i mogę złożyć wszystkim życzenia zdrowych, spokojnych świąt, spędzonych nie tyle w rodzinnym gronie, co w gronie osób, z którymi naprawdę chcielibyśmy ten czas spędzić, a jeśli nie jest to możliwe, by upłynęły w miłej atmosferze. Wiem, ze nie każdy lubi ten świąteczny czas, ale mam nadzieję, że każdy wyniesie z niego coś dobrego dla siebie. A resztę za mnie niech dopowie Gucio.


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Różności

W miniony weekend święta wkroczyły do naszego mieszkania. Już w sobotę ubraliśmy choinkę i zrobiłam stroiki. Myśleliśmy, że mnóstwo kolorowych lampek ucieszy Gucia, który zawsze uwielbiał wszelkiego kalibru światełka. Nawet zwykła lampa potrafi wywrzeć na nim spore wrażenie. Jakże wielkie było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, ze Gucio choinkę ma w głębokim poważaniu. Nawet gdy po zmroku zapaliliśmy ją w ciemnym pokoju nie obdarzył jej ani jednym spojrzeniem. Podejrzewam, że ma to związek z tym, że od kilku dni Gucio intensywnie ząbkuje i na sobotę przypadło apogeum. Na szczęście obyło się bez gorączki i tym podobnych historii ale i tak widać było, że cierpi strasznie. Zatem ogłaszam wszem i wobec, że oficjalnie od 17 grudnia Gucio jest szczęśliwym posiadaczem uzębienia sztuk jeden :)

W niedzielę byliśmy w kinie na Listy do M. Żadne tam kino wielkich lotów, ale jak na polską komedię całkiem przyzwoicie. Chociaż jak stwierdził Paskud "Karolaka nie mogło zabraknąć". Coś w tym jest, ze ten akurat aktor niedługo będzie wyskakiwał z lodówki. Tak czy inaczej lekka, zabawna komedia (chociaż ze śmiechu nie płakałam, a czasem mi się zdarza), z banalnym zakończeniem, taka w sam raz, by wprawić się w świąteczny nastrój.

Dziś upiekłam placki do placka królewskiego i popakowałam prezenty. Stoją dumnie pod choinką i czekają, aż je Gucio zdewastuje :) A tak na poważnie, to jeszcze nie wykazał zainteresowania nimi i mam nadzieję, ze tak mu zostanie. Na szczęście moje dziecko jest bardzo towarzyskie i wszędzie pełza za mamą, więc nie ma obawy, że coś zniszczy w pokoju pod moją nieobecność, bo zwyczajnie nigdy sam w pokoju nie zostaje. Nawet gdy ja biorę prysznic dwoje niebieskich oczu bacznie mnie obserwuje przez uchylone drzwi łazienki. Z jednej strony bardzo to rozczulające, a z drugiej nieco upierdliwe ;) Ale nie narzekam, przyjdzie niedługo czas, że będę chciała by spędzał ze mną więcej czasu.


Cały nadchodzący tydzień mam już szczegółowo rozplanowany i mam nadzieję, ze uda mi się ściśle przestrzegać grafiku. Inaczej mogę się nie wyrobić. Tym bardziej, że cały czwartek mi "wypada". Brat przyjeżdża do Polski na święta i w drodze do naszego rodzinnego domu obiecał się u mnie zatrzymać na kilka godzin. Bardzo się cieszę na tą wizytę. Brata nie widziałam już od lipca, od chrzcin Gucia. Ale jeszcze bardziej się cieszę na spotkanie z moim bratankiem, którego ostatni raz widziałam w poprzednie święta Bożego Narodzenia. Mam tylko nadzieję, ze nie zmienią planów w ostatniej chwili.

Zatem święta coraz bliżej. Od zawsze bardzo lubiłam ten czas w roku. Ale od kiedy mam własną rodzinę cenię go chyba jeszcze bardziej. Cieszy mnie, że mam dla kogo wszystko przygotowywać. I zaczynam rozumieć moją babcię, która potrafiła zarywać noce przed szykując święta dla całej rodziny, tak by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Na starość robię się strasznie sentymentalna.

czwartek, 15 grudnia 2011

Kokoski Marysi

Jako się rzekło poczęstunek dla Mikołaja być musiał. Bardzo lubię takie małe ciasteczka "na jednego kęsa". Tym razem padło na kokoski Marysi. Przepis pochodzi z zeszytu z przepisami mojej babci a Marysia to jak podejrzewam jedna z jej koleżanek, nawet chyba wiem która. Pamiętam, że w dzieciństwie były to moje ulubione ciasteczka, uwielbiałam gdy babcia je piekła. Teraz mam innych faworytów, niemniej te nadal są pyszne no i przywołują same miłe wspomnienia :)

Kokoski Marysi
Składniki:

na ciasto
40 dkg mąki
4 żółtka
1/3 szkl mleka
2 dkg drożdży
1 łyżka cukru
kostka masła
na masę
4 białka
40 dkg cukru
10 dkg wiórek kokosowych

Przygotowanie:
  1. drożdże rozpuścić z cukrem
  2. z wszystkich podanych składników zagnieść ciasto
  3. wstawić na pół godziny do lodówki
  4. białka ubić na parze na sztywną pianę
  5. dodawać porcjami cukier i cały czas ubijać
  6. na końcu dodać kokos
  7. kawałki ciasta wałkować na cienkie placki
  8. posmarować masą
  9. zwinąć w rulonik i odkroić gdy osiągnie pożądaną średnicę (ja osobiście wolę mniejsze, bo później ciasteczka wychodzą ładniejsze)
  10. pokroić na kluseczki, tak grube jak wysokie mają być ciasteczka

  11. układać na blasze i piec w temp ok 1700C nie pozwalając, by zbyt mocno się zrumieniły

wtorek, 13 grudnia 2011

Optymistycznie

Pierwszą, najważniejszą i najbardziej optymistyczną wiadomością jest fakt, że w końcu mamy przełom w leczeniu Gucia. W ostatnią środę tuż po mikołajkach byliśmy u alergologa, a później u dermatologa. Ten drugi zalecił stosowanie Protopicu, pomimo że jest to maść od 2. roku życia, uznał że w naszym przypadku większą szkodę przyniesie stosowanie sterydów, które średnio pomagały, lub niestosowanie niczego. Efekty są rewelacyjne, co bardzo mnie oczywiście cieszy :) Zeszły wszelkie plamy, zaczerwienienia, niemal wszystkie rany. Gucio śpi dużo spokojniej i zdecydowanie mniej się drapie. Mniej więcej w tym samym czasie zmieniliśmy też kosmetyki do codziennej pielęgnacji. Teraz Gucio wygląda jak nie moje dziecko, prawie jak zdrowy niemowlak :)
Teraz coś z serii pierwsze razy mojego dziecka: pierwszym słowem wypowiedzianym przez Gucia, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu wcale nie było mama. Przy zabawie bez przerwy powtarza baba i jakoś tak śmiesznie cmoka. Co prawda wszystko wokół jest baba i ciężko nawet na siłę dopatrzyć się w tym jakiegokolwiek sensu, no ale pierwsze słowo jest :)
W zeszłym tygodniu były mikołajki. Ja i Paskud musieliśmy być bardzo niegrzeczni, bo do nas święty nie zajrzał. Obłowił się jedynie Gucio, u którego był jeden z jego ojców chrzestnych. Tak, tak dobrze napisałam Gucio ma dwóch ojców chrzestnych. Chociaż w kościelnej nomenklaturze nieco inaczej się te funkcje nazywają, to dla nas obydwaj chrzestni są tak samo ważni, dlatego obydwu nazywam ojcami chrzestnymi. Tak czy inaczej Mikołaj był, więc i ciasteczka dla Mikołaja być musiały :) Tym razem postawiłam na kokoski. Przepis w kolejnym poście.

Dzień przed mikołajkami rozmawiałam przez skype z moim czteroletnim bratankiem. Przez cały listopad zbierał on do specjalnego pudełka "dobre uczynki". Kiedy o nie zapytałam cały się rozpromienił i pełen entuzjazmu pobiegł po nie do drugiego pokoju, żeby mi pokazać ile ich nazbierał. Po uchyleniu wieka całkiem sporego pudełka, na samym dnie leżały dobre uczynki mojego chrześniaka. Zbierał je z wielkim trudem przez 4 tygodnie. Było ich całe 3 :) Obśmiałam się jak norka, chociaż małemu powiedziałam, że jestem z niego bardzo dumna i za te jego dobre 3 uczynki Mikołaj zostawił coś u mnie dla niego. Małe dzieci są niesamowite.

W temacie prezentów, na szczęście wszystkie prezenty gwiazdkowe zaplanowane na ten rok mam już zakupione. Czekają tylko na pakowanie. Chyba pierwszy raz tak wcześnie się z tym uporałam, bo zawsze sobie obiecywałam, że zrobię zakupy wcześniej, a przeważnie i tak odkładałam to aż do ostatniej chwili. A tu proszę sama siebie zaskoczyłam. Mam nadzieję, że wszyscy obdarowani będą zadowoleni. Również zakupy choinkowo-lampkowo-bombkowe mamy już zrobione. W tamtym roku wyjeżdżaliśmy na święta, więc w domu mieliśmy tylko choinkę miniaturkę. Teraz chcę mieć większą, pięknie ubraną i kolorową. Już sobie wyobrażam jak Gucio będzie szalał na widok tylu światełek.

Jak widać powoli ogarnia mnie już nastrój świąteczny :) Dziś piekłam piernik i w domu roznosi się piękny korzenny zapach. Zrobiłam zdjęcia i dodam je za moment do odpowiedniego posta, choć piernik nie jest jeszcze skończony, ale przekładać masą i oblewać czekoladą będę dopiero przed samymi świętami. Ależ się rozmarzyłam :)

wtorek, 6 grudnia 2011

Ciasto cappuccino

Przeglądając w minionym tygodniu pewien blog natknęłam się na bardzo przyjaźnie wyglądające ciasto cappuccino. Niewiele się zastanawiając postanowiłam sprawdzić, czy ciasto smakuje równie dobrze co wygląda. Pogoniłam Paskuda do sklepu i w piątek, podczas dopołudniowej drzemki Gucia zabrałam się do pracy. Chociaż zabranie się do pracy to zbyt dużo powiedziane, bo ciasto wcale wiele pracy nie wymaga. Najdłuższym etapem jest upieczenie biszkopta, później już z górki. Przy robieniu mas najdłużej czasu zajęło mi uwaga: rozpuszczenie wszystkiego w wodzie (żelatyny, galaretki, kawy, zrobienie ponczu). Tak więc rację miała autorka pisząc, że jest to ciasto bardzo łatwe i nie pracochłonne.
Nie będę tu zamieszczać przepisu, aby nie być posądzoną o plagiat, ale Autorka na pewno nie obrazi się jeśli podam link do źródła. Polecam serdecznie. Niech samo za siebie powie, że pierwsze 2 kawałki ukroiłam w piątek wieczór, tylko aby skosztować, a 2 ostatnie schowałam specjalnie do porannej niedzielnej kawy. Rozprawiliśmy się z całą blachą w ciągu 1 dnia! A tak na marginesie, to później jestem wielce zdziwiona, dlaczego jeszcze nie wróciłam do formy sprzed ciąży ;) Zatem nie przedłużając:

Cappuccino

Powyższe zdjęcie to jeden z dwóch ostatnich kawałków.

Polecam serdecznie przepis.